Noce Coruscant 2: Aleja cieni
Artykuł zgłoszony do Nieustającego Konkursu Star Wars Extreme (10-12.2009)
Po zakończeniu lektury Alei cieni długo zastanawiałem się, jak ową pozycję ocenić. Muszę przyznać, że targają mną ambiwalentne uczucia względem drugiego tomu trylogii Noce Coruscant pióra Michaela Reavesa. Z jednej strony bowiem to naprawdę udana powieść, o klasę lepsza niż pierwszy tom, z drugiej jednak wywołuje wrażenie sporego niedosytu.
Podczas czytania od razu rzuca się w oczy kompleksowa stylizacja na mieszankę czarnego kryminału z sensacyjną pulpą literacką (mistrzowska w swej kiczowatości jest okładka, która po zmianie Twi'lekanki na kobietę rasy ludzkiej, mogłaby posłużyć jako cover jakiejś taniej powieści; powtarzam – stylizacja utworu jest wzorcowa). Nie oznacza to, że dostajemy tu intrygę na miarę Żegnaj, laleczko Raymonda Chandlera. Aleja... to nadal Star Wars w stanie niemalże czystym, dodatkowo osadzone fabularnie w jakże ciekawym okresie początków Mrocznych Czasów. Wątek śledztwa jest tu ważną częścią opowiadanej historii, ale intryga jest dosyć prosta i mało fascynująca, dlatego trudno mi uznać tę książkę za kryminał pełną gębą w aurze SW, a jedynie za powieść space fantasy z wątkiem kryminalnym.
Trzeba jednak uczciwie przyznać, że elementy stylu noir Reaves umieścił na swoim miejscu. Mamy tu więc postać Zeltronki Dejah Duare portretowaną a la femme fatale. Jax Pavan jako zaszczuty prywatny detektyw stał się o wiele ciekawszą postacią, niźli ukrywający się Jedi, którym był w części pierwszej (do pełnej kliszy brakuje tylko tego, by chlał na umór). No i miasto, Imperialne Centrum z jego najgorszymi zaułkami na najniższych poziomach. Nadal czuć, że jest pełnoprawnym bohaterem powieści, ale... jest tego bohatera mniej. Jax i jego towarzysze więcej czasu spędzają teraz zbierając poszlaki w luksusowych conaptach, niż włócząc się po rynsztokach Coruscant i ta zmiana mocno zaszkodziła tej powieści; klimat jest mniej duszny.
O ile najciekawszą postacią tomu pierwszego był dla mnie I-Five, o tyle w tym tomie jest nim Den Dhur. Sullustanin "dostał” od Reavesa najlepsze one-linery i dosyć zgryźliwie odnosi się do otaczającej go rzeczywistości. Także Jax zaczął intrygować, zwłaszcza że zaczął obracać się w towarzystwie kobiet, o postępowaniu z którymi nie ma bladego pojęcia. Napisałem wyżej, że wątek główny nie zachwyca, chociaż jest solidną porcją detektywistycznej sztampy. Jak jest więc z wątkami pobocznymi? Pół na pół. Historia Typho, który poluje na Vadera z miłości do Padmé jest mało frapująca, a momentami wręcz nudna, zaś pan kapitan jest tu niezwykle mdłą postacią. Jego plany są przez Reavesa tłumaczone zwrotami typu "nie myślał rozsądnie, był zakochany”. Istotnie, psychologia postaci na „najwyższym” poziomie. Rozwiązanie tego wątku także pozostawia wiele do życzenia.
Wątek o zleceniu na Jaxa, jakie Aurra Sing otrzymała od Lorda Vadera jest z kolei bardzo klimatyczny i wciągający, zaś sceny konfrontacji tych dwóch postaci są najlepsze w całej powieści. Scen akcji nie ma w tej książce wiele, toteż, gdy następują, budzą większą satysfakcję, są też dosyć pomysłowe. Jakkolwiek konfrontacja Laranth z Sing w gabinecie luster przywiodła mi na myśl kultowe Wejście smoka, zastanawiam się czy jest to przypadek, czy też celowe zamierzenie autora. Poza tym Reaves zmyślnie nawiązuje do książek, których autorem lub współautorem był wcześniej: Medstarów i Dartha Maula: Łowcy z mroku. To też należy pochwalić.
Tłumaczenie autorstwa FaultFett jest naprawdę bardzo, bardzo udane, czuć rękę fana. Szkoda, że korekta Amberu wzięła się za jej poprawianie, bowiem „poprawki” tylko zaszkodziły całości.
Do powieści wydawca postanowił dołączyć historii Galaktyki pióra pana Andrzeja Syrzyckiego, toteż i o niej parę słów. Z jednej strony fajnie, że owy bryk z chronologii się w tej książce znalazł, ale – niestety – został oparty tylko o źródła książkowe i komiksy Tales of the Jedi. Inne źródła, takie jak gry czy komiksy, pan Andrzej pominął. Z uwagi na to wprowadzenie w losy "Galaxy far, far away” jest dosyć pobieżne. Zastanawia mnie też fakt wciśnięcia do tej chronologii Luke`a Skywalkera i cieni Mindora w sytuacji, gdy książka w dniu premiery Alei… jeszcze nie wyszła po polsku, mimo iż znalazła się w grudniowym planie wydawniczym Amberu. Po co taki (pomimo tego, że fabuła książki jest opisana w sieci) spoiler? Nie wiem, ale jest to dla mnie niezrozumiałe. Odnoszę także wrażenie, że opracowanie Syrzyckiego jest kierowane do fanów dopiero wdrażających się w Expanded Universe, więc zastanawia mnie fakt umieszczenia tegoż artykułu w środkowych tomie trylogii, nie zaś w pojedynczym tytule. Co ciekawe, do finalnego tomu Nocy Coruscant ta ściągawka także została wciśnięta.
Nieco odszedłem do głównego wątku, toteż szybciutko wracam na właściwe tory tej recenzji. Podsumowując: w mojej prywatnej klasyfikacji pierwszy tom dostał siedem oczek, więc temu wystawię też solidną siódemkę. Jest lepszy od "jedynki” w paru aspektach, ale w kilku wypada gorzej, więc pula wad i zalet się zrównoważyła.






.jpg)








Dodaj komentarz
Lista komentarzy
Poprawione.
Prosiłbym Redakcję o poprawienie jednej rzeczy w treści, mianowicie powinno być "Żegnaj , laleczko" Raymonda Chandlera,a nie Marlowe'a. Marlowe to główny bohater tej powieści. Ot, taki czeski błąd, który mi umknął. Dziękuję.