ISSN : 2080-2412

Dzień z życia padawana

Dział: Artykuły » Kategoria: Opowiadania
2009-12-30, Monilip
+ Czyt. 68 razy

Artykuł zgłoszony do Nieustającego Konkursu Star Wars Extreme (10-12.2009)

5:43
     Na Coruscant, czy naprawdę musimy wyjeżdżać z samego rana? A właściwie nocy... No tak, mój kochany mistrzunio zgłosił się na ochotnika (widzicie, jest szalony) by doprowadzić do pokoju na Keie. Wiecie, taka mała, nic nie znacząca, w dodatku brzydka i barbarzyńska planetka jakich pełno w Galaktyce. Mówiłem, że mój mistrz jest szalony?
     A i jeszcze jedno – Keie znajduje się tak daleko od domu, że przepadnie mi śniadanie!

9:31
     Przylecieliśmy. Szybko, co nie? Szkoda tylko, że lecieliśmy jakimś kawałkiem złomu. Trzęsło strasznie, zupełnie nie wiem, czemu nazywają to Orzeł Tysiąclecia...
     Niezłe jaja były przy wchodzeniu w nadświetlną, prawie wylądowaliśmy koło supernowej! Mistrzunio miał taką minę jakby miał posikać się ze strachu. Ja się w ogóle nie bałem.

10:11
     Ile można czekać na pozwolenie na zejście na powierzchnię?! Gorąco tu jak w piecu (oczywiście, stolica MUSI być na równiku i MUSI akurat być lato) a już prawie godzinę nie pozwalają nam wyjść. Tylko mistrzunio się załapał i pojechał statkiem z klimatyzacją (!) do stolicy, gdzie zaprosili go na poczęstunek (!!). A o mnie zapomnieli. Mistrzunio tłumaczył, że niby powinienem być cierpliwy (wiecie, w myśl tego wierszyka: „Nie ma emocji - jest spokój”) ale jak mam być spokojny, skoro on teraz pewnie zajada lody?! Ciężki jest los padawana...

12:04
     Już po negocjacjach. W końcu wszyscy mogliśmy wyjść ze statku. Piach, piach, piach... po co oni w ogóle wzywali Jedi? Przecież tu nie ma o co walczyć! Chyba, że ulubionym zajęciem tubylców jest robienie babek z piasku i boją się, że im materiału zabraknie...

13:54
     Wreszcie! OBIAD! Już myślałem, że się nie doczekam. Oczywiście mistrzunio je z władzą, a mnie zostawił przy załodze.

15:19
     Wyszedłem z sali, miałem dość rozmów o polityce...Bla, bla, bla, sru, tu tu tu...
     Zaraz, a to co? Jakiś koleś w czarnym płaszczu na ścigaczu zbliża się w naszą stronę. Mam złe przeczucia. Lepiej powiadomię mistrza...

15:34
     Przecież chciałem dobrze! Skąd mogłem wiedzieć, że to długie i oślizgłe to ogon tymczasowego władcy planety? I, że tak strasznie go zaboli jak nadepnę? Zupełnie nie wiem, czemu mistrzunio kazał mi iść na statek. Nawet nie zdążyłem mu powiedzieć o tym kolesiu...

19:26
     Lecimy do Świątyni.
     Mistrzunio siedzi (a raczej leży) naprzeciwko i tylko świdruje mnie wzrokiem. Jak tylko rany się wygoją na tyle, że zacznie się ruszać, pewnie mnie zabije...
     Co się stało?
     Koleś na ścigaczu okazał się Mrocznym Jedi. Mówię wam, miał świetną fryzurę! Też chcę takie kolce... Poza tym MUSZĘ załatwić sobie takie żółte soczewki – efekt genialny! Gościu nie babrał się w dyplomacje, raz, dwa przeforsował swoje postulaty. Mistrzuniu rzucił się, by mu przeszkodzić – w końcu jak by to wyglądało jakby w czasie wizyty Jedi przywódcy planety zostali pokrojeni na małe plasterki?
     Usłyszałem hałas i przybiegłem na pomoc. W sumie to wina mistrzunia, gdyby więcej czasu mi poświęcał to bym umiał walczyć dobrze mieczem! A tak wyszło jak wyszło... Co ja poradzę, że miecz, tuż po włączeniu, wymsknął mi się z dłoni i uderzył mojego mistrza? Ten koleś z kolcami na głowie nie wiedział czy się śmiać, czy atakować. Wykorzystałem jego nieuwagę i natarłem na niego z fioletowym mieczem mistrzunia w dłoni. Mój, cóż, powiedzmy, że nie nadawał się do walki, podobnie jak sam mistrzunio. Zaatakowałem kolesia ale ten szast, prast i... przeciął miecz świetlny mistrza. No ale uciekł w końcu! W sumie zginęło tylko parę osób. Gdyby nie ja, było by dużo więcej ofiar!
     Ale oczywiście mistrzunio tego nie docenił. Zaczął na mnie wrzeszczeć, że rozwaliłem mu miecz. Nie rozumiem, pierwszy to raz? Zbuduję mu nowy, tym razem różowy... Hi hi... Potem mistrz zagroził, że jak wrócimy podeśle mnie Yodzie, bym się uczył razem z trzylatkami, jak posługiwać się Mocą. Ale po co staremu Yodzie przeszkadzać? Czasami nie rozumiem mojego mistrza.
     Przybiegli inni (oczywiście, gdy my, Jedi, odwalaliśmy brudną robotę, reszta się pochowała. Tak trudno jest użyć blastera?!). Na szczęście mistrzunio zemdlał z upływu krwi i reszta Keie nie dowiedziała się, jaki według niego ze mnie osioł i bęcwał. Wymienił oczywiście masę innych epitetów ale pominę je tutaj.

21:59
     Nareszcie w Świątyni. I wreszcie mogłem coś zjeść! Reszta mojej grupy zazdrości mi, że byłem na misji ale nie rozumiem dlaczego. Jedyne co mi po tym zostało to tyle, że muszę zbudować nowy miecz dla mistrzunia... Hmm... Muszę popytać jak się buduje miecz podwójny, jaki miał ten kolo z kolcami. Przy takim mieczu nikt mi nie dorówna! A ten kolor, czerwony, też ładnie wyglądał.
     Dobra, od tej pory biorę się poważnie za ćwiczenia! Chcę umieć walczyć tak jak ten koleś. Pewnego dnia będę najpotężniejszym Jedi w dziejach! Obiecuje wam! Nauczę się nawet jak powstrzymywać... Yyy... Nieważne.
     Tylko nie wiem czy moje imię pasuje. No bo jak to brzmi, Antek - najpotężniejszy Jedi? Hmm... O, mam. Będę nazywać się Maul.

Tagi: blastery, fanfik, jedi, maul, miecz świetlny, moc, opowiadanie, światynia jedi, yoda

Dodaj komentarz

Podpis:
Formularz obsługuje format BBCode.
   

Lista komentarzy

Nie ma jeszcze komentarzy. Bądź pierwszy! Dodaj swój komentarz!