A kiedyś to...
Co człowiek wynosi zazwyczaj z wizyty w dyskoncie? Torbę zakupów, lżejszy portfel, ogólną nienawiść do całego świata, który akurat w tym konkretnym momencie również postanowił odwiedzić ten przybytek i to koniecznie w towarzystwie żon/dzieci/matek/teściowych (niepotrzebne skreślić). W ostatni weekend ja wyniosłam skarb. Potencjalny skarb. Znaczy, rzecz, która naście lat temu byłaby dla mnie skarbem.
Niestety, ze względu na wiek nie jestem fanką Gwiezdnej Trylogii od czasu, kiedy była wyświetlana w kinach, pochodzę z nieco młodszego rocznika, który filmy poznawał na kasetach wideo, będących wówczas nowinką techniczną i sensacją na osiedlu. Jednym z pierwszych filmów, jakie obejrzałam w ten sposób, było Imperium kontratakuje i wpadłam, wpadłam po uszy. Historia była fajna, chociaż nie miałam zielonego pojęcia, jak się zaczyna, ani jak się kończy. Wkrótce nabyłam "złotą” nowelizację (pamiętacie to cudo Interartu z 1990?) i to już był koniec, zostałam stracona dla rzeczywistego świata. Pragnęłam informacji o świecie i wydarzeniach rozgrywających się "dawno dawno temu, w odległej Galaktyce.”

Kapitalizm raczkował, coś tam można było już lepszego dostać w sklepie niż ocet, ale takie rzeczy jak gadżety filmowe były jeszcze nieznane. Jasne, znajomy znajomego miał kilka figurek peerelowskich, tych, co osiągają teraz zawrotne ceny na Allegro, ale to wszystko. Od kogoś dostałam kilka czarnobiałych zdjęć, eksponowanych kiedyś w kinie przy repertuarze, skarb, mam je do tej pory. W księgarni z podręcznikami do angielskiego kiedyś cudownie znalazłam streszczenie Powrotu Jedi okraszone zdjęciami… jaka to była radość! Coś takiego do nabycia w moim małym miasteczku!!! Prawdziwe, kolorowe!!!

Nie, nie było Internetu. Znaczy był, ale dostępny raczej tylko w instytucjach i w co bogatszych domach. Kolega miał w pracy, moment, kiedy dostałam od niego kilka wydrukowanych na kiepskiej jakości atramentówce zdjęć, do dzisiaj pamiętam, a minęło dobrych kilkanaście lat! Szokiem była dla mnie wizyta w sklepie poświęconym stricte science fiction, kiedy pojechałam na wymianę szkolną do Anglii… Tyle rzeczy, tyle znakomitości, tak mało pieniędzy… Kiedy i u nas będzie tak?
Niemal jak na zawołanie wydawnictwo Amber zaczęło spełniać me życzenie… pojawiły się książki, potem – przy edycji specjalnej, przy premierze Mrocznego widma – pojawiły się z wolna upragnione gadżety – kalendarze, zeszyty, płyny do kąpieli i mnóstwo innych obiektów pożądania. Na początku wygłodniały fan rzucał się na to jak pies na kota, a potem… a potem nastąpił przesyt. Wszystko nagle stało się dostępne, także Internet, również za sprawą rozpowszechnienia się kafejek internetowych. Nagle zdjęcia, informacje i ciekawostki przestały być czymś wyszperanym, czymś ekscytującym, wszystko stało się dostępne. Projekty takie jak Encyklopedia Vitasa, nowe wielkie społeczności fanowskie, otworzył się cały nowy świat!
Później było już tylko lepiej – książki w Polsce zaczęły być wydawane ze stosunkowo niewielkim opóźnieniem w stosunku do oryginałów, nieco gorzej wprawdzie miały się komiksy, ale i to powoli się zmienia… Mnóstwo ciekawych rzeczy, koszulki, kubki itp., prawdziwe ładne figurki… A gdy tylko na antenę weszły Wojny klonów…

Obłęd. Można dostać wszystko, o czym tylko się zamarzy. Wprawdzie w większości są to rzeczy dziecięce, jednak jeśli człowiek bardzo chce, kupi sobie plecak z maską klona albo piórnik z Ahsoką. Albo pled z Anakinem i Obi-Wanem, który właśnie w ten weekend kupiłam podczas wypadu do sklepu po jajka. A jednak…
A jednak gdzieś tam w głębi serca czai się żal za tym, co minęło. Za czasami, kiedy najmniejsza fotka była na wagę złota, złożona w czeluściach twardego dysku lub na zabezpieczonej starannie dyskietce. Za czasami, kiedy przywieziony z Niemiec kubeczek z logo Nowej Republiki, choć tak niepoprawny politycznie, był jednak pewnego rodzaju trofeum, z którym człowiek obnosił się dumnie niczym z blizną po bitwie. Za czasami, kiedy kupowało się książkę z logo Star Wars, choć była w języku, który się zaledwie liznęło (i tak co roku, w miarę postępu zaawansowania w języku okazywała się coraz bardziej idiotyczna)…

Czy chciałabym, żeby to wróciło? Oczywiście, że nie! Nigdy w życiu! Tylko czy przypadkiem nie jest tak z rzeczami łatwo dostępnymi, że w pewnym momencie przestaje się je cenić?






.jpg)








Dodaj komentarz
Lista komentarzy
Zawsze można wejść na starwarsy.pl i popławić się w nostalgii :-) Dzisiejsze gadżety to już nie to. Kiedyś komercha służyła czlowiekowi, dziś człowiek służy komersze ;-)
Dokładnie tak jest. W tamtych czasach ludzie sami tworzyli sobie mnóstwo rzeczy związanych z Sagą, uruchamiali wyobraźnię i też znacznie mocniej przeżywali starłorsy - bo byli bardziej w nie zaangażowani.
Z drugiej strony, głęboko upokarzające było traktowanie nawet śmieci (pop)kultury zachodniej jakby były relikwiami. To samo zresztą dotyczy jakichkolwiek dóbr. Zbieranie reklamówek zachodnich sklepów, opakowań po markowych produktach. Pospolita kawa czy najtańsze masowe kosmetyki jako św. Graal też nie jest optymalną pozycją. Do fanostwa sprawa ma się podobnie.