ISSN : 2080-2412

Jedi, którego nie było

Dział: Artykuły » Kategoria: Felietonowy Tygodnia Początek
2010-02-08, Maciej Szczepański
+ Czyt. 231 razy, 2 kom.
Przejdź na stronę: | 1 | 2 |

Był rok 1999. Coś wisiało w powietrzu. Z jednej strony nic wielkiego - ot za kilka miesięcy datę zacznie się zapisywać korzystając z "dwóch tysięcy" - przecież to nawet nie będzie wkroczenie w nowe milenium, do tego jeszcze ponad rok. Z drugiej intuicyjnie czuło się, że następuje koniec pewnej epoki, i nic nie zmieniał tu fakt, że był to koniec sztuczny i wprowadzony przez tych ludzi, którzy teraz go w podenerwowaniu oczekiwali. Przynajmniej większość się tak zachowywała. A przynajmniej ja mówię, że właśnie to robiła, i nie zamierzam się z takich poglądów tłumaczyć. Lecz ja do tej większości nie należałem. Wiele było powodów, dla których nie zajmowało mnie czekanie na tę pozorną zmianę. Nie będę ich tutaj wszystkich wymieniał, skupię się tylko na jednym z nich - a była nim pewna gra komputerowa.

Jeśli się dłużej nad tym zastanowić, to można by dojść do wniosku, że fakt, iż jakaś gra komputerowa na tyle mnie zajmowała, że w znacznym stopniu wpływało to na moje życie towarzyskie i ogólny odbiór rzeczywistości, jest czymś niepokojącym. Ktoś jeszcze mógłby pokusić się o stwierdzenie, że może byłem wtedy jakimś aspołecznym i pryszczatym "nerdem". Pozostawię te hipotezy w spokoju i nie będę ich ani dowodził ani obalał, gdyż nie ma to tak naprawdę znaczenia. Co ma natomiast znaczenie to to, jaka gra aż tak mną zawładnęła - a tytuł jej to Thief.

Chyba każdy posiadacz "blaszaka", co jest pieszczotliwym określeniem na peceta, czyli komputer osobisty, słyszał o grze Thief, a większość tych, którzy o niej słyszeli, w nią grała. Sam pomysł, w którym wcielamy się w postać złodzieja i naszym zadaniem jest penetrowanie różnych zamków, posesji i włości wszelakich w sposób przez nikogo postronnego nie zauważony, był czymś niesamowitym i nietypowym. To była nowość. Innowacyjne podejście do gier akcji, a taką grą w końcu Thief był. Wiadomo, że dobry pomysł to nie wszystko - potrzebne jest jeszcze porządne wykonanie oraz duża grywalność. Wykonanie natomiast było rewelacyjnie, a grywalność powalała na kolana. Do dziś pamiętam, jak te jedenaście lat temu, z wypiekami na twarzy, przemierzałem ciemne korytarze, kryłem się w cieniach, zjeżdżałem po linach, wsłuchany w dźwięki otoczenia, nasłuchujący jakichkolwiek oznak zbliżających się wartowników. Z drewnianą pałką u boku i łukiem przewieszonym przez plecy. A wokół mrok i niepokój, a miejscami wręcz i schizofrenia.

Oczywistym pytaniem jest czemu nagle postanowiłem sięgnąć pamięcią w te odległe, zamierzchłe wręcz, przynajmniej z punktu widzenia rozwoju techniki, czasy i wyciągnąć z nich tę zapomnianą już przez większość osób grę, oraz czy ma to jakikolwiek związek z Gwiezdnymi wojnami. Otóż informuję: tak, ma. Zacząłem się bowiem kilka dni temu zastanawiać nad tym, w jaką grę komputerową chętnie bym zagrał, co chciałbym, aby jakieś wielkie studio nam wszystkim stworzyło. I nagle, nie wiadomo skąd, wpadł mi do głowy pomysł - Thief, ale w wersji Star Wars. I aż mi się nogi ugięły na myśl o powstałej w ten sposób hybrydzie.

Wyobraźmy sobie, że wcielamy się w postać rycerza Jedi i musimy wykorzystywać całą swą Moc i zdolności akrobatyczne do wkradania się do różnych, pilnie strzeżonych miejsc i wykonywania powierzonych nam misji - zbierania danych, przeprowadzania "pół-legalnych" śledztw. Miecz świetlny wisi nam u pasa, ale korzystamy z niego bardzo rzadko. Bowiem to umysł jest najsilniejszą bronią Jedi i to przy pomocy niego musimy osiągnąć wyznaczony nam cel.

Strażnicy stoją przed drzwiami - Mocą przewracamy coś odwracając ich uwagę. Jeden z nich idzie sprawdzić co się dzieje - dobrze, z tym co został sobie poradzimy. Spadamy bezszelestnie za jego plecy i go ogłuszamy lub też podchodzimy do niego z przodu i mind-trickiem przekonujemy go, że mamy prawo przejść. Cały czas radar informuje nas o przybliżonym położeniu istot - w końcu jesteśmy na takie rzeczy wyczuleni. Pomyślmy jakie możliwości daje nam taki pomysł. Na ile sposobów możemy wykorzystać to, co umożliwia rycerzom Jedi Moc. Jak cudowna grywalność mogłaby w wyniku tego powstać.

Gry typu "stealth" mają coś w sobie - tak długo, jak pozostajemy w ukryciu, możemy w sposób przez nikogo nie zauważony zmieniać oblicze świata, przesuwać pionki po planszy gdy nasz przeciwnik zamyślony spogląda gdzieś w dal, władać losami ludzi niczym szara eminencja ukryta za osłoną czyjegoś majestatu. To nie pole średniowiecznej bitwy, to nie potyczka, w której przemy do przodu, w pogardzie mając finezję, a drogę znacząc jedynie trupami pokonanych przeciwników. To coś zupełnie innego. To popychanie jednego, nic nie znaczącego kamyczka, a następnie obserwowanie jak lawina pochłania wszystko, co stanie jej na drodze. To zabawa w bogów, nie ludzi.

Pomyślmy co byśmy otrzymali po wybraniu co bardziej udanych aspektów różnych gier i wymieszaniu ich razem w gwiezdnowojennym sosie. Otwarte lokacje rodem z Assassin's Creed, penetrowanie budynków ze Splinter Cell, klimat pełen niepokoju z Thief. No i do tego nasz ulubiony świat, nasze ulubione planety, ulubione miejsca. I niezawodni rycerze Jedi z Mocą - ich sojusznikiem. To byłoby coś wartego uwagi. I to bez dwóch zdań.

Do głowy przychodzi od razu i wersja "alternatywna" gry - specjalnie dla tych, co nad dbanie o ład i porządek w galaktyce przedkładają dążenie do władzy absolutnej nad światem. Wolicie Sithów? Żaden problem. Identyczne podejście jak wcześniej, ale cel już inny. Czy nie chcielibyście wcielić się w postać prawdziwego mrocznego zabójcy? I nie mówię tu o Starkillerze z The Force Unleashed, przypominającym bardziej nieokrzesanego wikinga, który umie tylko i wyłącznie machać mieczem, a asasyn z niego taki, jak z koziej pupy trąba. Mówię o prawdziwym zabójcy - takim, którego nikt nie zobaczy, chyba, że na sekundę przed swoją śmiercią, a i to niekoniecznie. O kimś, kto czai się w mroku, bowiem mrok jest jego domem, i uderza w najmniej spodziewanym momencie.

Muszę przyznać, że się rozmarzyłem - interesująca fabuła, którą odkrywamy w czasie wykonywanych zadań, otwarte lokacje, interesujący bohaterowie. I do tego Gwiezdne wojny. Zastanawiam się tylko, czy jestem jedyną osobą, która naprawdę widzi potencjał w tym pomyśle, i która naprawdę bardzo chętnie by taką grę zobaczyła. I w nią grała. Do upadłego. Może ludziom nie pasuje myślenie? Może preferują gry, które dostarczają im bezstresowej rozgrywki, a nie zbędnego kombinowania i planowania swoich posunięć na kilka ruchów w przód? Może ludzie naprawdę chcą kolejnej części The Force Unleashed? Nie wiem. Wiem tylko, że ja jej nie chcę. Grałem w pierwszą część, przeszedłem pierwszą część i o pierwszej części zapomniałem praktycznie od razu. Po drugą pewnie nawet nie sięgnę. Mimo że to Star Wars. Dajcie mi natomiast realizację tej zarysowanej przeze mnie koncepcji, a po raz kolejny zniknę, przestanę istnieć dla otaczającego mnie świata, pozwolę się porwać wykreowanej rzeczywistości. Bo o to przecież tak naprawdę w grach chodzi. Boję się tylko, że to wszystko marzenia, które nigdy nie zostaną zrealizowane. Ale kto wie...?

Przejdź na stronę: | 1 | 2 |

Tagi: assassin's creed, felietonowy tygodnia początek, felietony, ftp, gry komputerowe, jedi, miecz świetlny, rycerze jedi, sith, sithowie, stealth, the force unleashed, thief: the dark project, tom clancy's splinter cell

Dodaj komentarz

Podpis:
Formularz obsługuje format BBCode.
   

Lista komentarzy

  awatar 2010-02-09 17:00:13 › Maciej Szczepański

Po prostu w tym podejściu "stealth" to MY zmieniamy całą sytuację, wprowadzamy nowy porządek rzeczy. Nie posługujemy się kimś. Nie jesteśmy od nikogo zależni. Jest w tym ogromna wolność, a jednocześnie, mimo tej wolności i braku jakiegokolwiek wsparcia, mamy ogromną władzę. I sam fakt, że to wszystko odbywa się bez wiedzy osób, wbrew którym działamy, a które są od nas odległe wręcz na wyciągnięcie dłoni, też ma ogromne znaczenie.

Wiadomo, że praktycznie w każdej grze mały kamyczek może spowodować lawinę. Tutaj jednak my świadomie wybieramy ten kamyczek i mozolnie, w ukrycie do niego dążymy. Bardziej liczy się ta cała wędrówka, którą musimy odbyć, by do tego kamyczka dotrzeć, niż sam fakt jego pchnięcia.

2010-02-08 13:21:18   (FatBantha)

Ustęp o grach 'stealth' to najlepszy fragment tego felietonu. Tak faktycznie jest. Tyle, że ten gatunek nie ma w tej kwestii wyłączności. W istocie, taki opis sprawdza się wszędzie. Ile razy zdarzyło się, że jeden, nieprzewidziany element burzył czyjąś całą, misterną układankę? Nawet w grach typu RTS ma to miejsce. Czasem nawet jedną, najsłabszą jednostką można odwrócić losy rozgrywki. Rzadko, ale zdarza się. Szczególnie zabawne jest to w trybie multiplayer.

Nawzajem jesteśmy sobie bogami, znosząc obu bądź wielostronnie swoje zamierzenia, druzgocząc plany i niwecząc swe wizje przyszłości i nasze w nich role.

W grach 'stealth' to po prostu dociera do nas w sposób wyjątkowo bezpośredni. Może przez ten kontrast posiadania? My nie mamy nic, poza paroma drobiazgami, spostrzegawczością i swoimi umiejętnościami - przeciwnik dysponuje kupą ludzi, wielkimi posiadłościami i systemami alarmowymi, a my te wszystkie środki możemy obrócić w niwecz i mamy świadomość, że wszystko zależy wyłącznie od nas.

Gwiezdnowojenny "Thief"? Zdecydowanie wędruje na listę oczekiwanych gier SW, które najpewniej nie powstaną. Zaraz obok gwiezdnowojennego Privateera, czy symulatora capital ships, takich jak ISD, fregat Nebulon-B, krążowników MC i innego sprzętu, w którym możnaby wcielić się w dowódcę, ale też i szeregowego operatora turbolasera, działa jonowego czy też promienia ściągającego.