Epoka krzemienia lutowanego
Dwa tygodnie temu Yako w swoim felietonie snuł wizję przyszłości kinematografii z naciskiem na filmy 3D i remake'i starych "hitów", w tym całkiem prawdopodobną nową wersję Gwiezdnych wojen. Wydaje się, że postęp technologiczny jest nieunikniony, a co więcej charakteryzuje się bardzo dużym tempem. To co jeszcze 20-30 lat temu wydawało się być szalonymi pomysłami pisarzy sci-fi, powoli staje się naszą rzeczywistością. Fani takich serii, jak Star Wars czy Star Trek, już się zastanawiają, kiedy możliwe będzie stworzenie miecza świetlnego czy zakrzywianie czasoprzestrzeni, aby docierać w krótkim czasie do miejsc odległych o lata świetlne. Tak samo pewnie każdy fan fantastyki naukowej nie może się już doczekać teleportacji, która uwolni go od codziennego stania w korkach. Warto dodać, że teleportacja nie jest tylko jakimś fantazyjnym wymysłem, a poważnym zagadniem, nad którym od lat pracują naukowcy i już mają pierwsze dobrze rokujące na przyszłość rezultaty. Wydaje się więc, że wszystko idzie zgodnie z planem i już niedługo będziemy np. budować bazę na Marsie, prawda? Warto zauważyć jednak, że jest to bardzo optymistyczne, wręcz idealistyczne podejście i dlatego nie będę o tym dzisiaj pisał. Chciałbym Was natomiast przekonać, że jeszcze daleka droga przed nami, bo nie można koncentrować się tylko na jakichś wielkich ideach - nie można zapominać o najbardziej przyziemnych sprawach. Poza tym trzeba sobie zadać pytanie - czy naprawdę tak pragniemy tego, aby postęp technologiczny zawładnął naszym życiem?

Na początek dwie historie, które niedawno mi się przydarzyły. Zacznijmy od przesyłania danych - mówimy od lat od "przesyłaniu" ludzi, misjach załogowych na Marsa itp., a tymczasem wciąż nie potrafimy sobie poradzić z najprostszym transferem danych. Nie mam tu na myśli oczywiście krajów, gdzie łącza internetowe wywołują zazdrość u większości Polaków. Myślę raczej właśnie o naszym kochanym kraju.

Niedawno chciałem zdobyć acapellę (ścieżkę z samym wokalem) z pewnego utworu, żeby w wolnym czasie przygotować kolejny remix. Wspomniana acapella jeszcze parę tygodni temu była bez problemu dostępna w ramach konkursu - oczywiście gdy ja się tym zainteresowałem już zniknęła, więc zaczęły się poszukiwania. Najpierw skontaktowałem się z producentem tego kawałka, żeby zdobyć ścieżkę u źródła, ale okazało się, że dana osoba po pierwsze nie ma akurat zbyt wiele czasu, a po drugie ogranicza ją limit transferu, więc musiałaby najpierw ścieżkę z wokalem wyrenderować, a potem zgrać na pendrive'a i wybrać się do kafejki internetowej. Przyznacie, że trochę dużo zachodu. Dlatego zmieniłem taktykę - dotarłem do osoby, która już remixowała dany utwór i wciąż miała na dysku poszukiwaną acapellę. W dodatku zgodziła mi się ja przesłać, więc byłem przekonany, że to już koniec tej przygody. Pomyliłem się. Taka acapella to oczywiście wave, zajmuje zazwyczaj parędziesiąt megabajtów, więc przesłanie na maila raczej odpada. Ale przecież mamy wiele stron, które pozwalają na wrzucenia dużych plików i przesłanie drugiej osobie eleganckiego linka. Tak też uczynił mój internetowy znajomy. Wszystko by się dobrze skończyło, gdyby nie fakt, że probowałem ściągnąć tę wokalną ścieżkę kilka razy i za każdym razem przerywało pobieranie zanim pasek postępu dotarł do upragnionych 100%. Wtedy do akcji wkroczył Redakcyjny Kolega Maciek, który zaoferował swoje łącze internetowe o kosmicznej prędkości i szybko ściągnął acapellę (ale dopiero przy n-tej próbie), której powoli miałem już dosyć. Niestety nie był to koniec - musiał mi to jeszcze przesłać. Próbowaliśmy użyć do tego zadania popularnego komunikatora Tlen, ale połączenie, które zerwało się trzy razy, trochę nas znięchęciło. W końcu uploadował przeklęty plik na serwer, a ja mogłem spokojnie dorwać mojego Świętego Graala.
Zapowiedziałem dwie historie, więc czas na drugą. Od jakiegoś czasu rozmawiam na Skype'ie ze znajomą, czy też raczej próbuję rozmawiać... Cały świat zachwyca się nowymi możliwościami komunikowania się, marzą nam się holograficzne przekazy rodem ze Star Wars (a pierwsze próby już nawet za nami), ale póki co rozmawianie z kimś za pomocą czegokolwiek innego niż tradycyjny telefon stacjonarny jest udręką lub (w najlepszym przypadku) nie jest "idealne". Zrywanie połączenia to oczywiście standard, dodajmy do tego jeszcze uciążliwe opóźnienia i wymuszanie zdyscyplinowania u obydwu rozmówców - nie można mówić jednocześnie, bo zamiast ludzkiego głosu otrzymujemy odgłosy, których nie powstydziłby się sam R2-D2. A wisienką na torcie jest wysokiej jakości przekaz wideo - te kilka klatek na sekundę jest w sumie czymś pozytywnym, bo pobudza naszą wyobraźnie i nie daje jej chwili wytchnienia.

Ponarzekałem trochę na "nowe technologie" - jak widzicie, na podstawie moich doświadczeń (które oczywiście mają bardzo wiele wspólnego z faktycznym poziomem technologicznym świata nauki), można powiedzieć, że jeszcze dużo wody upłynie w Wiśle zanim ludzkość choćby zbliży się do realiów znanych z popularnych uniwersów sci-fi. Warto się jednak zastanowić czy naprawdę chcemy się do nich zbliżać. My, czyli zwykli ludzie, którzy prowadzą zwykłe życie. Takie rozróżnienie jest ważne, bo chyba nikt nie kwestionuje tego, że naukowcy na całym świecie stale dążą do postępu i bardzo go pragną. Ja naukowcem nie jestem i mam niejasne przeczucie, że większość naszych czytelników także nie pracuje nad nowoczesnymi technologiami. Czy faktycznie zależy nam, aby ciągle zaskakiwano nas czymś nowym, żebyśmy musieli zmieniać przyzwyczajenia, podejście do jakiejś dziedziny? Zmiany na lepsze są dobre, ale wiele (większość?) osób skrycie w duchu przyznaje przed samym sobą, że lubią rzeczy, które znają, których są pewni, bo zdążyli się do nich przyzwyczać. Kiedyś były dla nich nowe, ale... no właśnie - kiedyś. Było, minęło, nie chcą wracać do momentu zmian. Nie dziwi mnie to - sam od jakiegoś czasu jestem zwolennikiem konsol, więc nadszedł czas na zakupienie jakiegoś gwiezdnowojennego tytułu. Mój wybór wcale nie padł na The Force Unleashed. Nie przyciągnęła mnie rewelacyjna grafika, odwzorowanie fizyki czy wręcz namacalna Moc. Nie, ja wybrałem Lego Star Wars, bo zabawa duńskimi klockami to jedno z moich najprzyjemniejszych wspomnień z dzieciństwa. Wolałem ten swoisty powrót do przeszłości niż grę, która ukazuje moc konsoli, i która w starwarsowo-growym światku jest przejawem nieuniknionego postępu. Interesting.

Mam nadzieję, że nie myślicie, że jestem jakimś oszołomem, który najchętniej zamieszkałby razem z Amiszami, a osiągnięcia naukowców zawsze komentowałby niczym Aldo Raine w Inglourious Basterds: "We got a word for that kinda odd in English. Its called suspicious". W sumie to jest wręcz przeciwnie, ale czasem chyba warto trochę przystopować i docenić to, co już mamy. Czemu mamy zachwycać się filmami 3D w stylu Avatara, skoro tradycyjna kinematografia wciąż daje twórcom tyle jeszcze niewykorzystanych możliwości? Czemu programiści nie dopracują najpierw Gadu-Gadu (żeby dochodziły wszystkie wiadomości), zanim ludzkość weźmie się za nieco bardziej skomplikowane sposoby komunikacji? W czasach wyścigu szczurów, fastfoodowego nie tylko jedzenia, ale ogólnie życia, chyba dobrze by było usiąść na przysłowiowej (od teraz) ławce w parku, odpocząć i docenić to, co już mamy. Naprawdę nie trzeba się śpieszyć.
PS. Obejrzałem w końcu Avatara - odwołuję wszystko, co napisałem - ja chcę Star Wars 3D! ;)






.jpg)








Dodaj komentarz
Lista komentarzy
ja chce jak najszybciej teleportacje!