Palpatine i tak mieszał w tym wszystkim… palce!
Trzynasty piątek zasadniczo nie jest dobrym dniem na rozpoczynanie czegokolwiek, o podróżach nie wspominając. Jeśli jednak jest to wyprawa na konwent, w dodatku jubileuszowy i poświęcony tematyce przerażającej i horrorowej, gdzieś w duchu niepoprawnego optymisty kryje się nadzieja na to, że złośliwe bóstwa umożliwią mu dotarcie na miejsce. Tak też się stało, dzięki osobistemu wahadłowcowi z kierowcą (dzięki, Alkern!) nasza ekipa sithowa zaparkowała przed budynkiem Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Administracji (zwanej w skrócie Wyspą) już po drugiej.
Falkon odbywał się w budynku zaopatrzonym w szatnię (wbrew pozorom dość istotne miejsce na konwencie) oraz wyśmienicie i tanio karmiący barek, co docenili wszyscy, jako że znajomi i punkty programu to jedno, jednak należy od czasu do czasu zadbać także o potrzeby marnego ciała. Sale, w których odbywały się punkty programu, znajdowały się na trzech różnych poziomach, jednak już po pobieżnym przejrzeniu informatora można było się zorientować, gdzie co się odbywa. Pewnym minusem było to, że nie wywieszono przy nich rozkładu na dany dzień, jako że informator ma to do siebie, że można go łatwo gdzieś zapodziać. Na korytarzach i w salach rozstawione były również rozmaite stoiska, źródła dóbr wszelakich, między innymi standardowo rozmaitych akcesoriów do RPG, gier planszowych, koszulek, książek, a także nieco nietypowo pięknej ręcznie robionej biżuterii oraz strojów dla fanek gotyku.

Kiedy człowiek przebił się w końcu przez akredytację i tłumy na korytarzach, mógł spokojnie zająć się ustalaniem, jak spędzić najbliższe trzy dni. Bloków programowych było osiem, wypełnionych po brzegi spotkaniami z autorami, konkursami i prelekcjami. Przyjemną innowacją był dyżur autorski, odbywany przez pisarzy w sali księgarni Solaris – można było spokojnie podejść do ulubionych pisarzy, porozmawiać, poprosić o autograf tuż po nabyciu książki. Znacznie bardziej komfortowe rozwiązanie niż nagabywanie nieszczęsnego twórcy na korytarzu lub po prelekcji.
Jak to zazwyczaj bywa, wybór pomiędzy punktami programu był dosyć trudny, my jednak postanowiliśmy wiernie trzymać się bloku Star Wars, jako że i tak nasze punkty programu były z nim związane. I tak punktualnie o 17:00 ruszyła pierwsza prelekcja, poświęcona błędom taktycznym Imperium i Rebelii wytykanym przez Konrada "Cibora” Kisielewicza. Wyliczeniom i kpinom nie było końca, duchy poległych nad Yavinem i na Endorze niewątpliwie zgrzytały zębami ze złości. Potem nieszczęśnicy, którzy zdecydowali się zapoznać z koszmarem Galaktyki, jakim są Sithowie, wysłuchali grzecznie historii kolejnych starć z Republiką przedstawianych oczywiście odpowiednio przez nas, Sithów, i byli już w odpowiednim stanie ducha, by posłuchać o fatalnych posunięciach autorów gwiezdnowojennych kontynuacji w moim losowym wyborze. Przebojem niewątpliwie stał się artefakt znany jako Rękawica Dartha Vadera, której noszenie miało jakoby wywoływać ślepotę! Choć niżej podpisana starała się nie wnikać w nasuwające się skojarzenia, zebranym nasunęły się same i stało się to jednym z haseł wywoławczych tej edycji Falkonu. Rozbawione towarzystwo zostało następnie uraczone przez Celta, członka Jedi Order, nieco bardziej poważną prelekcją poświęconą niechlubnym odstępcom z Zakonu Jedi, z której bez problemu można było wyciągnąć wniosek, iż bycie "młodym obiecującym Jedi” jest szalenie niebezpieczne. Ich ambicja i chęć poszerzenia swej wiedzy prowadzi takich prosto w szeregi Sithów. Konkurs konstruktorski, mający miejsce tuż potem, poprowadzony przez Shonsu, Abada i Indianę, jak zwykle zebrał tłumy chętne spróbowania własnych sił. Tym razem do stworzenia były droidy, a jeden z nich (Roger-Roger) stał się maskotką sali.

Kolejny dzień zaczął się bladym świtem, o straszliwej godzinie 10:00 koszmarnym konkursem wiedzy o Ciemnej Stronie. Z sadystyczną radością dochodzę jednak do wniosku, że niewiele rzeczy działa równie pobudzająco, co możliwość znęcania się nad innymi. Moje biedne ofiary oprócz wiedzy teoretycznej musiały wykazać się również znajomością odróżniania jednej zakapturzonej postaci od drugiej, umiejętnością odgadywania kalamburów oraz umiejętnością porwania tłumów przemówieniem godnym Mrocznych Sithów. Zwycięzca konkursu, Doh, odbierając nagrody przy wtórze Marsza imperialnego, stwierdził ponuro, że musi uzupełnić wiedzę. Tuż po spotkaniu z Bastionem odbyła się prelekcja o bestiach i potworach stworzonych przez Sithów. Gorthuar zaprezentował nam całe mnóstwo przerażających obrazków sithowych potworów, jednak jeden paradoksalnie pokrzepił serca większości zebranych – widok Gunganów zombie był naprawdę pozytywny. Wreszcie ktoś potraktował tę rasę tak, jak powinien, a za masowe zabójstwo Gungan Konfederacja powinna otrzymać zbiorowe podziękowania od większości Galaktyki! Pokrzepieni odpowiednią porcją koszmaru uczestnicy tym chętniej wzięli udział w odgadywaniu największych niewiadomych świata Star Wars, znakomitej prelekcji poprowadzonej przez Kasis z Bastionu, której wnioski były doprawdy przerażające. Oczywistym stało się, że we wszystkich wydarzeniach wstrząsających Galaktyką od stuleci, zwłaszcza w niepokalanym poczęciu Anakina Skywalkera, maczał… palce… Palpatine. Jednak od tej chwili prelegentka gromko odmówiła dalszych spekulacji, wymawiając się tym, że na sali są nieletni. Z pewną zgrozą wysłuchaliśmy o planach na szczęście wstrzymanego dzieła, które miało powiązać nasz świat z światem Gwiezdnych wojen, a także pośmialiśmy się z kolejnych fanowskich spekulacji, zwłaszcza tych poświęconych rodzicom Mary Jade.
Niecnie opuściliśmy prezentację obu Legionów i prelekcję Celta dotyczącą sekt Mocy, trzeba było jednak pokibicować naszym panom podczas turnieju broni larpowej i coś zjeść. W sam raz Khali zdążyła na swoją prelekcję poświęconą alkoholom w Gwiezdnych wojnach, niestety, ku rozczarowaniu zebranych, nie połączonej z degustacją, choć dzięki uprzejmości Kilma dysponowaliśmy Jabbolem, napojem o niepokojąco zielonej barwie. Zebrani upewnili się, że lepiej nie próbować trunków na Kashyyku, niebezpiecznym jest również smakowanie ulubionych alkoholi Huttów, zaś ten, kto w odpowiednim czasie zaopatrzył swoją piwniczkę w wina z Alderaanu, mógł potem stać się bardzo bogatym człowiekiem. Pytanie, czy Wielki Moff Tarkin dysponował czymś takim, pozostało bez odpowiedzi, wiadome stało się natomiast, że Han Solo jest ulubioną postacią twórców jeśli chodzi o wprowadzanie nowych drinków – lubi wszystkie.
Bardzo ożywiona stała się dyskusja podczas prelekcji Mr.Fetta, poświęcona koszmarom zgotowanym fanom przez Lucasfilm. Najmniejsze wspomnienie o możliwości prezentacji tak znakomitego dzieła jak "Ewoki” czy "Droidy” wywoływało wręcz paniczny popłoch, przy którym dyskusja o Jar Jarze była zaledwie pomniejszym koszmarem. Niestety, konkluzja była mało optymistyczna – wiele takich koszmarków nas jeszcze czeka, jako że celem marketingowym stały się dzieci.

Planowaliśmy wprawdzie obejrzeć jeszcze pokaz fanfilmów, jednak by tradycji konwentowej stało się zadość, należało usiąść i spokojnie pogadać. Konwentowa knajpa znajdowała się niedaleko, tak więc zgarnęliśmy chętną ekipę (Celt jako Jedi ewidentnie obawiał się spędzania zbyt dużej ilości czasu w towarzystwie Sithów) i poszliśmy oddać się standardowym zajęciom integracyjnym. Z powrotem zdążyliśmy na przepiękny fireshow, zapierający dech w piersiach układ tańca z ogniem. Choćby dla tej jednej atrakcji warto było przyjechać.
Niedziela to, niestety, czas powrotu do domu, tak więc po wysłuchaniu prelekcji Ewy i Indy’ego poświęconej pancernym pociągom podczas kampanii wrześniowej, z wolna pożegnaliśmy się ze znajomymi i ruszyliśmy w drogę powrotną, nie mogąc uczestniczyć w konkursie kalamburowym i turnieju sabacca, czego nie mogliśmy odżałować.
Generalnie było bardzo przyjemnie, poznaliśmy nowych ludzi, zacieśniliśmy więzy ze starymi znajomymi, wysłuchaliśmy interesujących rzeczy i ogólnie przyjemnie spędziliśmy czas (dzięki za przepyszną kawę z cynamonem!). Z tego, co mi mówiono, blok starwarsowy był ogólnie najlepiej zorganizowany, jednak obfitość pozostałych punktów programu niewątpliwie był w stanie zadowolić każdego, kto interesuje się czymś innym – grami RPG, mangą i anime lub też po prostu klasycznie fantastyką w każdym jej przejawie, zwłaszcza literackim.

Minusem konwentu był fakt, że miejsce do spania znajdowało się w oddalonej od Wyspy szkole, co skutecznie uniemożliwiło integrację pomiędzy punktami programu, jak to zwykle bywało. Na plus należy policzyć fakt, że pomiędzy miejscem konwentu a szkołą kursował autobus, jednak cieszę się, że nie byłam na niego skazana, bo podobno godziny odjazdów były (nomen omen) czystą fantastyką. Warunki w szkole klasycznie nie należały do luksusowych, jednak spanie na podłodze jest czymś, do czego stary konwentowicz musi przywyknąć.
Ogólnie, Falkon uważam za udany i niewątpliwie wybiorę się na niego również za rok, jako że mimo nielicznych irytujących drobiazgów, był to naprawdę dobrze spędzony weekend. Korzystając z okazji, chciałabym podziękować tym, dzięki którym bardzo mile spędziłam czas – botsowej ekipie: Khali, Alkernowi i Gorthuarowi, Mr. Fettowi, Olce, Smokowi, Shonsu i całej reszcie ludzi przewijającej się przez blok SW.
Zdjęcia: Shonsu






.jpg)








Dodaj komentarz
Lista komentarzy
Palce się macza a nie miesza drodzy "puryści językowi".