Star Wars Komiks 2009/5
To nie działa. W każdym razie nie tak, jak powinno. Od trzech zeszytów twórcy Star Wars Komiks raz za razem częstują czytelników komiksem z tzw. "wyższej półki". W zeszycie 7. było to Za linią wroga (Republic #59), miesiąc temu Cel: Vader (Empire #19), tym razem dostaliśmy Ofiarę (Republic #49). Cóż, ciężko kogokolwiek krytykować za "sprowadzenie" do Polski duetu Ostrander-Duursema – wręcz przeciwnie, chapeau bas. Odnoszę jednak wrażenie, że redaktorzy czasopisma nie bardzo widzą różnicę pomiędzy specyfiką komiksów Empire i serii Republic.
Wyklarujmy ją zatem. To, że coś jest one-shotem i można to upchnąć w jednym zeszycie, nie znaczy, że stanowi zamkniętą całość. Empire to zbitka bardzo luźno powiązanych ze sobą historyjek. Republic to zaś seria wielowątkowa, złożona z licznych, ale jednak dość ściśle powiązanych ze sobą komiksów. Gdy żongluje się zeszytami, najwyraźniej bez żadnego klucza (ni to powiązane tematycznie, ni zamieszczane chronologicznie), nie widać tego. Natomiast wprowadza to nieco zamieszania w głowach osób, które nie śledzą pilnie tego, co komiksowego dzieje się za oceanem.
Koniec marudzenia jednak (przynajmniej na chwilę), spójrzmy co znajdziemy w 5. tegorocznym numerze Star Wars Komiks. Twórcy już na początku wytaczają ciężkie działa w postaci wspomnianej Ofiary. Aayla Secura, była padawanka mistrza Quinlana Vosa, o którym dwa lata wcześniej słuch zaginął, wyrusza na stację Koło by odnaleźć "zgubę". Okazuje się, że po zorganizowaniu wraz z mistrzem Tholme pokaźnej siatki informatorów w obozie przyszłych Separatystów, Vos postanowił wcielić się w rolę najemnika i działając pod nazwiskiem Korto Vosa szkodzić przeciwnikom Republiki z cienia. Gdy Securze udaje się z nim nawiązać kontakt, Vos jest w środku akcji pozyskania dysku z informacjami o kolejnym posunięciu wojsk Konfederacji.
Sacrifice był pierwszym dziełem Johna Ostrandera i Jan Duursemy po premierze Ataku klonów i nadaniu serii jej właściwego tytułu – Republic. Ma to dwie implikacje – po pierwsze, w zeszycie jest sporo nawiązań do wydarzeń z filmu (m.in. bitwy na Geonosis), po drugie zaś, dwójka autorów nie mogła sobie odmówić z tej okazji obsadzenia w głównych rolach najsłynniejszych stworzonych przez siebie postaci – Quinlana Vosa i Aayli Secury. Rezultaty pracy tych twórców z reguły obfitują w wartkie sceny akcji, efektowne potyczki i pościgi – nie inaczej jest i tym razem. Rekompensuje to fakt, że komiks jest nieco o niczym, a jego główną atrakcją są nawiązania do filmów i poprzednich zeszytów serii. Kreski Jan Duursemy reklamować chyba nie trzeba. Rzadko kiedy zdarzało się, by artystka miała problem z narysowaniem zgrabnych postaci. Tu mamy jeszcze umiejętną grę cieniami, nadającą komiksowi wyjątkowy, mroczny klimat, świetnie współgrającą z akcją opowieści. Nie popisała się za to ekipa tłumacząco-redagująca – na przestrzeni komiksu mamy kilka zgrzytów, na koniec zaś błąd, który pojawił się również w oryginale (Darth Sidious zwraca się do hrabiego Dooku per "Darth Tyrannous") – Egmont raczy wiedzieć dlaczego go nie poprawiono.
Na czytelników czekają jeszcze dwa komiksy, oba ponad dwa razy krótsze i oba z serii Star Wars Tales. Pierwszy z nich, Obowiązek, to opowieść z udziałem Jedi o imieniu Giro, który broni promu z młodymi padawanami przed atakiem imperialnych żołnierzy pod wodzą Dartha Vadera. Historia rozpoczyna się in media res, w momencie bezpośrednio poprzedzającym przybycie Mrocznego Lorda Sithów. Wywiązuje się pojedynek, którego stawką jest życie rycerza Jedi i uczniów, których chroni.
Fabuła nakreślona przez scenarzystę to zasadniczo gra schematem. Nie dajcie się więc zwieść – zastosowanie dość oklepanych motywów ma na celu uśpienie czytelnika, by "błysnąć" w zakończeniu. Błysk ów nie jest jakoś oniemiająco wielki, ale wystarczający, by zadowolić oddających się lekturze komiksu fanów. Obowiązek to opowieść raczej krótka i w znakomitej większości złożona z pojedynków, toteż nie nudzi. Uważni czytelnicy egmontowskiego czasopisma rozpoznają pojawiający się tu "model" Vadera bez większych problemów – z kreską Johna McCrea mieliśmy już przyjemność się spotkać w przewrotnym komiksie pt. Żołnierz, zamieszczonym w 2. tegorocznym numerze Star Wars Komiks. Podstawowym problemem graficznym Obowiązku jest jego usytuowanie. Umiejscawianie czegokolwiek za twórczością Jan Duursemy jest niejako skazywaniem komiksu na pożarcie. Nawet biorąc pod uwagę zupełnie inną konwencję, nie da się uniknąć wrażenia prostoty (żeby nie powiedzieć "prostackości") rysunku. Z drugiej jednak strony trzeba rysownikowi oddać, że kreska jest estetyczna, spójna, a na żadnej z plansz nie ma problemów ani z proporcjami postaci, ani z perspektywą.
Nowe imperia upadają, zamykający 9. Zeszyt SWK, nie niesie w sobie jakiejś szczególej treści. Tradycyjna paczka bohaterów na pokładzie Sokoła Millennium natrafia na niezidentyfikowaną planetę, okrążoną unoszącymi się w przestrzeni kosmicznej (sic!) piaskoczołgami Jawów. Na powierzchni napotykają podejrzane, otoczone imperialnym sprzętem indywiduum, które okazuje się lokalnym artystą. Albo przynajmniej tak się bohaterom wydaje…
Na piaskoczołgach powalająca na kolana oryginalność się kończy. Dalej komiks popada w schemat zapoczątkowany przez Trylogię Thrawna, w którym ekscentryczna, brodata postać pogrywa sobie na naiwności głównych bohaterów, by pod koniec opowieści stoczyć z nimi batalię. Jest nieco akcji, dynamiczne pojedynki i, naturalnie, mgiełka tajemnicy owiewająca rozważanie czytelnika zastanawiającego się jakąż to "Kolejną Wielką i Niepokonaną Broń Mającą Zapewnić Panowanie Nad Światem" obmyślił scenarzysta. Możliwe, że lepiej dla graficznej warstwy Obowiązku byłoby, gdyby to Nowe imperia… czytelnik miał okazję przeczytać wcześniej, gdyż przejście byłoby łagodniejsze. Kreska Ramona Bachsa jest bardziej szczegółowa, nieco ładniejsza, zaś gra światłem i cieniem zastosowana przez kolorystę (Toma Smitha) wypada o niebo lepiej.
Nie ma się co oszukiwać – już na samą Ofiarę warto wydać niecałe sześć złotych, a czytelnik dostaje do tego jeszcze dwie krótsze gwiezdnowojenne historyjki, którymi można umilić sobie czas. Cały czas zastanawia mnie kwestia wyrwanych z kontekstu jednozeszytówek, które docenić tak naprawdę mogą tylko ci, którzy są na "ty" z seriami publikowanymi w Stanach Zjednoczonych. Chyba, że Egmont taką właśnie przybrał strategię i wielkimi nazwiskami chce do publikacji przyciągnąć tych właśnie fanów gwiezdnowojennego komiksu. To by zaś znaczyło, że w następnej kolejności czekają nas takie perełki jak Show of Force, Armor czy Into the Unknown, w co wątpię. Och, jak chciałbym się mylić…






.jpg)







Dodaj komentarz
Lista komentarzy
Wszystkie już wcześniej przeczytałem w oryginale. Najbardziej jednak spodobał mi się komiks "Duty", a szczególnie końcówka.