Twórczość niezwiązana ze Star Wars

Re: Twórczość niezwiązana ze Star Wars

Postprzez Łukasz Wasilewski w 17 Sie 2009 21:16

Hej, milo mi doniesc;) ze rec72 wydalo wlasnie interesujaca skladanke, na ktorej znalazl sie takze moj kawalek pt. Digging Secret Tunnel Through the Clouds. Wiecej tutaj:
http://lukaszwasilewski.pl/archives/47
http://rec72.net/?p=251

A link albumu tutaj http://rec72.net/media/releases/compila ... chines.zip

Skladanka to mix roznego rodzaju elektroniki, IDMu itp., a z kolei moj kawalek to mieszanka ambientu, dubstepu i techdubu.

Image

A, i wbrew nazwie topiku, moj kawalek ma jednak cos wspolnego z SW, ale o tym przekonacie sie za kilka miesiecy, ze tak tajemniczo napisze;)
Awatar użytkownika
Łukasz Wasilewski
redaktor naczelny
 
Posty: 109
Dołączenie: 17 Lut 2009 23:56
Miejscowość: Warszawa

Re: Twórczość niezwiązana ze Star Wars

Postprzez Carno w 31 Sie 2009 00:30

Cóż, wiele wody w Wiśle upłynęło, odkąd zajrzałem na tą stronę po raz ostatni. Ale skoro już tu jestem, to idąc tropem Nadiru pozwolę sobie zamieścić tutaj ( jak to też uczyniłem na Bastionie ) swe krótkie opowiadanie niezwiązane ze SW. Świadom jego niedoskonałości, wyrażam jednak skromną nadzieję, że jakaś znudzona dusza rzuci chociaż kątem oka ten kawałek prozy, który swego czasu popełniłem. Opowiadanie toczy się w realiach fantasy. Wszystkich chętnych tudzież nie zapraszam do lektury ;) Aha - tekst zawiera wulgaryzmy w ilości nieprzekraczającej jednak, moim zdaniem, granic dopuszczalnych dla tego typu twórczości.

Wyprawa

Nienawidzę czarodziejów. Czarodziejów, czarowników, nekromantów, magów, druidów, szamanów, alchemików, konowałów i innych pedałów. Po prostu nienawidzę. Praktycznie wszyscy z nich to nadęte buce, którym wydaje się, że wiedzą absolutnie wszystko i traktują innych jak krowie łajno. Nie mówiąc o tym, że większość z nich potrafi osobnika niezadowolonego z ich sposobu bycia w owe łajno zamienić.
Pies ich jebał.
Co nie zmienia faktu, że muszę dla nich pracować. Ot, takie życie. Co poradzić – żonie trzeba jakieś pieniądze do domu przynieść, dzieciakom coś kupić, psa nakarmić… No dobra, wróć. Nie mam żony – i Bogom dzięki, gdyż to najlepsza rzecz, jaka mnie spotkała – to jest, nie spotkała. O dzieciach żadnych nic mi nie wiadomo, a psa… A psa miałem nawet kiedyś. Od znajomka dostałem, ot, taką maleńką psinę. Potem zwierzę podrosło i się na mnie rzuciło, mało mi ręki nie odgryzając – buzdyganem musiałem przez łeb mu dać. Buzdygan przeżył. Pies nie. I tak nigdy bydlaka nie lubiłem.
A więc na czym to ja… a tak, już wiem. Na pracy dla magicznych. Cóż, jednego skurwielom odmówić nie można – pieniądze mają. Dobrze bite, nie psute – a dobrej monety nigdy za mało. Dlatego właśnie tutaj jestem, w tym zapyziałym lesie, wykonując robotę dla tej trójki pajaców, jaśnie panów wielmożnych czarodziejów z Maeth. I co nam owi magicy robić kazali? „Szukajcie czegoś… niezwykłego” – dumnie i tajemniczego jednocześnie – jak to tylko nadęte buce potrafią - rzekł najmłodszy z czarodziejów, który nawet swego imienia nie zdradził, jeno „mistrzem” tytułować się nakazał. Mistrzem, kurwa. Mogę magicznych nie lubić, co jednak nie stoi na przeszkodzie, abym nie miał wśród nich rozeznania, i ocenić nie potrafił. Ten wysoki palant, na którym zielona szata leżała jak na wieszaku, był co najwyżej jakimś trzecioligowym kuglarzem, dla którego wyciągnięcie królika z kapelusza byłoby nie lada wyzwaniem. Chudzielec był z całą pewnością chłopcem na posyłki pozostałej dwójki czarodziejów. Znam nawet jednego z tego duetu – tego wysokiego, siwego dryblasa, który zwie się Caleb. Może i za często nie bywam w Maeth, ale swoje o nim słyszałem. Powiadają, że całkiem siwy dziadek jest, ale rozumem w żaden sposób nie grzeszy – a i umiejętności posiada, jak na swój wiek, mocno przeciętne. Reasumując – stary tępak i jego kilkadziesiąt lat młodszy godny spadkobierca.
Jednak trzeci przedstawiciel braci magicznej wydawał się postacią z całkiem innej bajki. Najniższy z całej trójki, ale zdecydowanie najszerszy w barach brunet około czterdziestki, sprawiał wrażenie ulepionego z całkiem innej gliny niż jego kompani. Nie nosił się w typowy dla magów z Maeth sposób, lecz niczym najemnik nosił lekką skórzaną zbroję, nałożoną na czarną koszulę, oraz ciemnozielone, mocno tkane spodnie. U pasa miał sztylet, a prócz tego, jak mi się wydaje, drugie ostrze w cholewie buta. O tym, aby któryś z jego towarzyszy nosił zbroję, sztylet czy choćby scyzoryk, oczywiście mowy być nie mogło. Niepodobieństwa kończyły się nie li tylko na ubiorze – trzeci mężczyzna, którego zwali Nazor, miał paskudną bliznę ciągnącą się od podróbka, przez prawy policzek, a oprócz tego ślady po poparzeniach na drugim policzku, których widać nawet czary nie mogły całkiem zagoić. Facet od razu taki bardziej swojski mi się wydał, mimo że magiczny.
Morał? Jeden mężczyzna i dwie pizdy.
Cholera, po raz enty już o magikach rozmyślam, zamiast o przyjemniejszych rzeczach w myślach fantazjować. Ale nawet i przyjemności wietrzeją, gdy już człowiek czwarty dzień po tym cholernym lesie łazi, i łazi, i łazi, i szuka smrodu w oborze. Jaśnie wielmożni panowie czarownicy płacą mi od dnia wprawdzie, i powinienem się cieszyć, że nic się nie dzieje, i dukata za łażenie dostaję. Ale ta nuda już zaczyna mnie dobijać. Bo jeno łażę, i łażę, i ła… Co do ku…

Takie oto myśli kłębiły się w głowie Arona Nert, biegłego w arkanach wojennych najemnika, członka zorganizowanej przez trzech czarodziejów w Maeth wyprawy do lasu Ars Glenda, zanim przerwało ten proces pojawienie się czegoś… niezwykłego. Strzały wbitej w oko Arona.

- To… niezwykłe – stwierdził z mądrą miną Amergio, drapiąc się po brodzie.
- Co jest niby takiego niezwykłego? – zapytał stojący obok Caleb.
- Owa strzała, mistrzu – odpowiedział mu wszystkowiedzącym tonem młody mag. – Rzadko widuje się strzały z manderskich kuźni w tych okolicach. Czemu wiem, że to manderskie strzały? – zadał sam sobie kolejne pytanie – Stąd, że jest ona zakończoną pomalowaną na czerwono brzechwą, co jest znakiem firmowym tamtejszych manufaktur.
Caleb pokiwał w skupieniu głową, wpatrując się w leżące u jego stóp zwłoki.
- Dawno już nie słyszałem podobnych bzdur – pomyślał stojący naprzeciwko dwóch magów Nazor. Po pierwsze, znakiem firmowym, jak to ładnie określił ten kretyn, strzał wytwarzanych w Manderze była wprawdzie część malowana na czerwono… ale były to groty, nie brzechwy. Po drugie, strzały manderskie widuje się w tym regionie nader często, odkąd Manderczycy otworzyli w okolicznych miastach swe filie. Ba, w Maeth otworzono największą tego typu kuźnie w księstwie, ale ten idiota Amergio nie zauważyłby tego, nawet gdyby rozpoczęła ona produkcje w jego własnej dupie. A Caleb, ów drugi tytan intelektu, nic tylko przytakuje swemu nowemu uczniowi. Świetnie.
Nazor skrzywił się, co nie uszło uwadze jego towarzyszy.
- Czy coś cię niepokoi, przyjacielu? – zapytał Caleb.
Nazor nawet nie zadał sobie trudu odpowiedzi na tak kretyńskie pytanie. Zamiast tego odwrócił się w stronę stojącej kilkadziesiąt kroków dalej dwójki mężczyzn i przywołał ich gestem. Gdy ci podeszli bliżej, zwrócił się do niższego z mężczyzn, rudego brodacza o krępej sylwetce:
- Raport, kapitanie – rzekł cicho.
- Niczego nie odnaleźliśmy, panie – niskim głosem powiedział kapitan – Nikt nie widział, skąd wystrzelono strzałę, nikt nie widział łucznika, nie znaleźliśmy też żadnych śladów. Można by rzecz, że strzelec się… rozpłynął.
- Rozpłynął? – prychnął pogardliwie Amergio – Po prostu twoja banda niekompetentnych…
- Wystarczy, przyjacielu – przerwał mu Nazor, kładąc delikatny nacisk na zwrot „przyjacielu” – Niech mi pan powie – powiedział, ponownie zwracając się do kapitana – coś o spoczywającym u naszych stóp nieszczęśniku.
- A w jaki sposób ta wiedza miałaby nam w jakikolwiek sposób służyć? – tym razem wtrącił się zdziwionym głosem Caleb – Trup to trup, i nie widzę powodu…
- Czekam, kapitanie – spokojnie wszedł mu w słowo Nazor.
Rudy mężczyzna odchrząknął i odwrócił wzrok od zwłok.
- Ów nieszczęśnik zwał się Aron, Aron Nert – rozpoczął – Porządny był to chłop, już w niejeden kontrakt razem szliśmy. Pieniądze mi wisiał, ale niewielką sumkę, więc niech mu ziemia lekką będzie.
- Wyróżniał się czymś?
- Magicznych nie lubił – mruknął stojący dotąd cicho obok kapitana drugi mężczyzna. Jego towarzysz zgromił go spojrzeniem.
Amergio i Caleb już otwierali usta, aby wygłosić jakiś niepochlebny komentarz, jednak uciszył ich Nazor ręką uniesioną w górę. Spojrzał na kapitana i skinął głową, aby ten rozwinął wątek. Ten skrzywił się lekko, obdarzył stojącego obok niego mężczyznę wymownym spojrzeniem, splunął i zaczął mówić dalej.
- Ano, jak Reinfeld rzekł, Aron zbytnio za magicznymi nie przepadał. Ot jakoś tak, bez powodu, wielkiego afektu do nich nie czuł. Co nigdy nie przeszkadzało mu dla nich pracować, gdyż to była nie pierwsza jego czarodziejska wyprawa. Co myślał o magikach, podczas misji zawsze w dyskrecji wielkiej zachowywał, a swe zdanie wyrażał dopiero po rozstaniu z nimi. Słowem – zawodowiec.
- Ów zawodowiec, jak widzę, władał dosyć niecodziennym zestawem broni – mruknął Nazor, przyglądając się zwłokom. Zanim dowódca najemników zdołał choćby otworzyć usta, Reinfeld zabrał głos.
- Ach, panie, bo to i bitny niecodzienne chłop był – westchnął – Ni miecz, ni topór, ni włócznia dla niego, jeno sierp i buzdygan, jakżeście słusznie zauważyli. Z początku myślałem, że to przygłup jakiś bądź samobójca, gdy go z takim osprzętem pierwszy raz obaczyłem, ale gdym go w bitce ujrzał… - pokręcił głową – Demon, panie, istny demon. Piętnaście lat zbrojnym ramieniem służę, ale takich zabójców jak Aron to rzadko widywałem. Z pewnością to najlepszy w walce z nas był.
- Czy najlepszy, to nie powiem – odezwał się kapitan. W jego głosie było słychać zarówno urażoną dumę, jak i wyraźnie niezadowolenie z gadatliwości podwładnego. – Racja jednak, że nie co dzień ogląda się taką kombinację wojenną, i że w walce był on mile widziany.
Nazor milczał przed dłuższą chwilę, nie spuszczając wzroku ze zwłok martwego najemnika. Gdy cisza zaczynała się przedłużać i Caleb z Amergiem zamierzali wygłosić swoje uwagi, ich towarzysz skinął głową kapitanowi i jego podwładnemu.
- Dziękuje. Ludzi z poszukiwań zabójcy odwołać i nakazać im wrócić do wyznaczonych wcześniej poleceń. Niech jednak poruszają się tym razem dwójkami. Zwłoki zmarłego przenieść do obozowiska – później sam je zabezpieczę przed smrodem i rozkładem. – spojrzał raz jeszcze na ciało Arona Nerta, po czym ponownie skierował spojrzenie na najemników – To będzie wszystko, panowie.
Kapitan i Reinfeld pokłonili się, po czym oddalili się wykonać rozkazy. Mag wodził jeszcze chwilę za nimi wzrokiem, po czym, nie odwracając się do towarzyszy rzekł:
- Caleb, jak daleko jest Duncan i jego grupa?
- Powinni być niecały dzień drogi stąd.
- Wyślij mu wiadomość, aby niezwłocznie do nas dołączył. Wie, gdzie rozbiliśmy obozowisko, więc winien bez problemu do nas trafić. Przekaż mu, aby się wyrobił jutro do wczesnego popołudnia.
- Nie widzę potrzeby – sprzeciwił się Amergio – Jeżeli połączymy się z Duncanem, będziemy później musieli się dzielić chwałą z nim i jego ludźmi, kiedy w końcu odnajdziemy to, czego szukamy. Chwałą i nagrodami, przyjaciele, wątpię bowiem, aby Gildia powiększyła pulę przeznaczoną na nagrodę. Nie mówiąc o tym, że nie widzę sensu w łączeniu naszych sił. Straciliśmy raptem jednego człowieka, które zaciukał pewnie jakiś przestraszony kłusownik czy inny dzikus z lasu…
- Naszego najlepszego, jak się okazuje, człowieka – powiedział, mrużąc oczy, Nazar.
- … a mamy ich w odwodzie jeszcze osiemnastu, więc jeśli to nie był to tylko nieszczęśliwy zbieg okoliczności, to i tak mamy ich wystarczającą ilość, aby stawili czoła przeciwnikowi. A jak już przy najemnikach jesteśmy – Amergio skierował oskarżycielsko palec w stronę rozmówcy – to dziwi mnie twoje zachowanie w stosunku do nich, przyjacielu. Tym kundlom trzeba pokazać ich miejsce w szeregu, a nie per „pan” się do kmiotów zwracać. I o co w ogóle chodziło z tym dopytywaniem się o martwego chama? Dostał strzałę, zdechł i padł. Brakowało jeszcze tego, abyś się o biedną wdowę nie zapytał. I po kiego czorta bierzemy jego ciało z powrotem do obozowiska?
Adresat wypowiedzi skrzyżował ręce na piersi i przemówił zaskakująco spokojnym tonem:
- Przed chwilą wspomniałeś o Gildii. Jak zapewne sobie przypominasz, to ona cię wysłała na tą misję. Nie wysłała cię jednak samego – rozkaz dostał też Caleb, który jak rozumiem, zgodził się przyjąć ciebie jako ucznia. W poleceniach, jakie otrzymaliście, znajdowała się wszelako jedna bardzo ważna informacja – że niejaki Nazor wyrusza z wami i to on jest dowódcą tej wyprawy. I jako dowódca nie muszę się tobie tłumaczyć, chłopcze. – Najstarszy z czarodziejów, ewidentnie niezadowolony tak z reprymendy udzielonej jego uczniowi przez innego maga, jak i ze sposobu przypomnienia hierarchii dowodzenia, już otwierał usta aby wyrazić swoją opinię, ale Nazor go ubiegł – Tobie zresztą też, starcze. I nie radzę o tym zapominać.
Caleb aż poczerwieniał ze złości, ale się nie odezwał. Amergio jednak ewidentnie nie mógł się powstrzymać przed udzieleniem riposty.
- To najlepszy dowód na to, że nawet Gildia popełnia błędy. Zapewne wielcy magowie nie wiedzieli, że naszego wspaniałego dowódcę tak obleci strach na widok martwego człowieka…
Tego było już za wiele, nawet jak na cierpliwą naturę Nazora. Skierował w stronę młodego czarodzieja zaciśniętą pięść, a ten, dusząc się, chwycił się za gardło. Caleb okazał się zaskakująco podatny na zmianę barw – teraz jego twarz z czerwonej stała się trupio blada. Nie odważył się nic powiedzieć, ani tym bardziej zrobić czegokolwiek dla swego młodego towarzysza.
- Mały, arogancki gnojku bez krzty talentu – przemówił Nazor lodowato spokojnym tonem. – Jeszcze raz nazwiesz mnie tchórzem, albo w jakikolwiek inny, mniej lub bardziej dowcipny sposób połączysz moją osobę za zjawiskiem strachu, a urwę ci jaja i wsadzę je głęboko w otchłań twej dupy. Nie życzę sobie także – zacisnął mocniej pięść - aby taka tępa gnida jak ty podważała, czy choćby komentowała moje rozkazy. Rozumiemy się, kmiocie?
Amergio jakimś cudem zdołał kiwnąć głową. Jego ciemiężyciel odczekał jeszcze chwilę, po czym rozluźnił pięść. Młody mag padł na kolana, wciąż trzymając się za gardło. Zaczął kasłać i charczeć.
- Zaraz moi ludzie – dowódca wyprawy położył na słowo „moi” subtelny akcent – przyjdą zabrać ciało. Ruszajmy do obozu.
Odwrócił się i odszedł. Podążał za nim nienawistny wzrok dwójki jego towarzyszy.

Dzień wiosną staje się coraz dłuższy, ale gdy nachodzi jej pora, kurtyna nocy błyskawicznie zapada nad Ars Glenda. Noc otula swymi mackami tak las, jak i znajdującą się w jego wschodniej części polanę, gdzie znajduje się niewielkie obozowisko. Tam aroganccy ludzie rzucają ciemności wyzwanie, starająj się ją rozświetlić przy pomocy ognia. Płoną pochodnie, rozpalane są ogniska. Mrok draśnięty, bynajmniej nie pokonany, cofa się delikatnie, dając ludziom iluzję nieznacznego zwycięstwa.
Zebrani w obozie mężczyźni odprężają się. Stracili dziś wprawdzie jednego ze swoich, ale są do tego przyzwyczajeni – w końcu to najemnicy. Fortuna uśmiechnęła się dziś do nich, dla Arona uśmiechu zabrakło. Mało kto go nawet bliżej znał, więc mało kto go żałuje. Strach uleciał, gdy zebrali się wieczorem w obozie. Są tutaj, ponad dwudziestu mężczyzn, z czego trzech magicznych. Trzech magicznych – a wśród nich Nazor, ten ponury mężczyzna, od którego emanuje siła, który samym spojrzeniem budzi posłuch i respekt. Zresztą, ich towarzysz padł, gdy słońce było w zenicie. Od tamtej chwili po zabójcy nie było śladu. Większość najemników doszła jeszcze przed zmrokiem do wniosku, że ich towarzysza trafiła strzała jakiegoś kłusownika, który musiał uznać Arona za zagrożenie. Świetnie by to tłumaczyło także brak śladów pozostawionych przez łucznika – zapewne doskonale znał te lasy i miał wprawę w zacieraniu tropów. Tak, to musiał być kłusownik – przekonywali pewni swego najemnicy swych nielicznych sceptycznych towarzyszy. Ten biedny skurwiel Aron miał po prostu pecha. Im dłużej tak gadali, tym rzadziej spoglądali w stronę wozu, na którym spoczywało ciało pechowca. Wyciągnięto z jego oczodołu strzałę, a Nazor odprawił jakieś rytuały nad jego zwłokami. I leżał tam sobie teraz, w pełnym rynsztunku, tak jak go śmierć zastała. Biedny Aron – mruczał jeden najemnik do drugiego, smutnie spoglądając na wóz, gdzie znajdowało się jego ciało – już nigdy nie wstanie.
Za chmur wyłania się połowa księżyca. Noc się uśmiecha.

Mija pół nocy. W obozie panuje cisza. Poza trójką wartowników, wszyscy ludzie śpią. Od czasu do czasu jeden ze sprawujących wartę, imieniem Malek, dorzuca drewno do jedynego palącego się jeszcze ogniska. Ten poczciwiec jest właśnie w trakcie obchodu dookoła obozu. Zatrzymuje się na chwilę przy jednym z pozostałych wartowników. Stoją przy sobie chwilę, wymieniają uwagi, żartują. Malek obiecuje, że wróci dokończyć rozmowę jak tylko skończy obchód. Rusza w stronę znajdującego się na skraju obozowiska wozu, na którym spoczywają zwłoki Arona. Malek, trzymając wysoko pochodnię, zastanawia się, ile mu jeszcze czasu pozostało do zmiany warty. Nie jest specjalnie zadowolony z wyniku swoich obliczeń, ale nie zamierza z tego powodu rozpaczać. Nagle słyszy jakiś hałas… i zamiera. Dosłownie. Równocześnie gaśnie jego pochodnia. Malek z przerażeniem uświadamia sobie, że jest sparaliżowany. Żaden mięsień jego ciała nie odpowiada na jego polecenia. Nie może nawet poruszać oczami. Cholera, nie jest w stanie nawet zeszczać się w gacie ze strachu. Jest świadom, że stoi w całkowitej ciemności nieruchomo niczym posąg, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. W pewnym momencie w jego umyśle pojawia się straszliwe pytanie – czy on w ogóle jeszcze oddycha? Nic nie czuje, niczym się nie może ruszyć, więc jak ma do kurwy nędzy wiedzieć, czy jeszcze oddycha? Nie, musi oddychać, inaczej już by nie żył! Prawda! Prawda? A co, jeśli to ostatnie chwile jego życia, że zaraz braki tlenu zakończą jego żywot? Bogowie! A jeśli umrze jedynie jego ciało, a jego duch nie spocznie razem z nim? Co się z nim stanie?
Pogrążony w rozpaczy i coraz większej liczbie pojawiających się panicznych pytań, umysł Maleka nawet nie rejestruje płomyka nadziei w postaci szansy ratunku ze strony pozostałych wartowników, którzy mogli zauważyć nagłe zgaśnięcie pochodni. A nawet jeśli nie zauważyli, to za chwilę z pewnością zaniepokoją się brakiem kolegi. Może to jednak lepiej, że ta myśl nie przychodzi sparaliżowanemu najemnikowi do głowy, gdyż nadzieje te nie mają szans się spełnić. Jeden z wartowników po prostu śpi na służbie, a drugi, ten, z którym Malek chwilę wcześniej rozmawiał, dziwnym trafem nagle przestał myśleć o czymkolwiek. W jednej chwili względna czujność, w drugiej całkowita pustka w głowie i bezmyślny wyraz twarzy.
A noc nie przestaje się uśmiechać.

W mroku rodzi się pieśń. Dziwna, bo bezgłośna. Nikt jej nie słyszy. Nikt, poza Malekiem, w którego głowie ona rozbrzmiewa. Słowa pieśni są w jakimś dziwnym, obcym dla najemnika języku. O dziwo, uspokajają przerażony umysł pechowego wartownika. Nie wie, jak to możliwe, ale pieśń sprawia, że prawie zapomina o stanie, w jakim się znajduje. O tym, że zapewne nie wyjdzie z tego żywy. W tej chwili nie ma jednak paraliżu, jest jedynie pieśń. Najemnik nie ma pojęcia, co oznaczają zasłyszane słowa pieśni – ale wie, że komponują się w cudowną całość. Smutną, ale cudowną. Malek już się w ogóle nie boi. Chce tylko słuchać i zatonąć w tej melodii, wtopić się w te słowa. Czuje się, jakby zmartwychwstał. Jest… wspaniale.
I nagle pieśń ustaje.
Malek czuje się tak, jakby jego serce rozpadło się na tysiące małych kawałków. Jego umysł płacze. Nagle w jego głowie rozbrzmiewa zimny, metaliczny głos, mówiąc:
- Dotknęła cię ma łaska, młodzieńcze. Niewielu żywym dane jest usłyszeć Hymn Umarłych. Powiedzmy, że jest to… rekompensata za to, co cię spotkało.
Głos zamilkł. Malek nagle poczuł, jak wzrasta w nim nadzieja, że uwolni się zaraz spod wpływu paraliżu, który go spętał, oraz że może uda mu się…
- Nie – zabrzmiał ponownie metaliczny głos. Najemnikowi zdawało się, że może teraz w nim usłyszeć delikatną nutkę zadowolenia – Nie, Maleku, już nigdy więcej nie usłyszysz pieśni – teraz w tajemniczym głosie zabrzmiała ewidentna, perwersyjna radość – A za parę minut zostaniesz uwolniony z paraliżu. Przez śmierć. Wykorzystaj pozostały ci czas roztropnie – ostatnim słowom towarzyszył śmiech.
W świadomości Maleka nie pozostało żadne inne uczucie poza cierpieniem. Głos złamał go całkowicie, zabił za życia.
Gdy kilka minut później, nie mogąc odwrócić wzroku czy też zamknąć oczu, nieruchomy wojownik spoglądał na półkuliste ostrze w ręku jego kata, do jego umysłu przeniknęło uczucie, które przyćmiło na chwilę cierpienie. Tym uczuciem był strach. Strach przed jeszcze większym bólem.
Istota, która zadała śmiertelny cios ciału najemnika, nie zabiła go. Po prostu przebiła pustą skorupę.
Malek bowiem umarł za życia.

Caleba obudziły wrzaski.
Zdezorientowany, przez chwilę rozglądał się bezmyślnie po swym namiocie, zanim uświadomił sobie, że panuje w nim ciemność. Do stanu pełnej świadomości doprowadził go dobiegający z zewnątrz przeszywający, agonalny krzyk.
Caleb nie uchodził za najinteligentniejszego czarodzieja w Gildii. Słusznie zresztą. Nawet średnio bystry mag, gdy w środku nocy budzą go ze snu przeniknięte bólem wrzaski świadczące o tym, że obóz, w którym aktualnie czarodziej się znajdował został zaatakowany, robił jedną z dwóch rzeczy: albo teleportował się w cholerę, albo rzucał odpowiednie czary ochronne na swój namiot, aby dać sobie czas na przygotowanie stosownych czarów ofensywnych ( i sprawdzenie, czy aby na pewno będzie mógł się w odpowiednim momencie teleportować w cholerę ). Caleb natomiast wybrał trzecią, najgłupszą opcję. Nie przemyślawszy ani przygotowawszy niczego, nawet nie zakładając butów, wybiegł w samej piżamie na zewnątrz. W samą porę, aby zobaczyć, jak jednemu z najemników zostaje ucięta ręka, a w ułamek sekundy później zmiażdżona czaszka.
Przeciwnik martwego już wojownika dokonał tego za pomocą sierpa i buzdyganu. Sierp i buzdygan… Stary czarodziej przyjrzał się bliżej stojące w pobliżu ogniska istocie, z którą zwarł się właśnie w boju kolejny z wynajętych przez magów ludzi.
- O kurwa - zdołał jedynie wyszeptać Caleb – To Aron.
Pytanie – co robi czarodziej, który w środku nocy napotyka się na mężczyznę, który zginął pół dnia wcześniej, a w chwili obecnej zamiast spoczywać w pokoju, morduje jego podkomendnych?
Odpowiedź – na pewno nie robi tego, co zrobił w tej sytuacji Caleb.
A cóż takiego uczynił stary mag? Zapewne pewien tego, że jest niewidoczny w ciemnościach – choć niewykluczone, że myśl tego typu nawet nie zaprzątnęła mu głowy - wyczarował magiczną strzałę i skierował w stronę Arona. Ba, trafił nawet w jego pierś. Wątpliwym jednak jest, czy istocie, której jak widać niezbyt zaszkodziła strzała wbita w oko, krzywdę wyrządzić mogła strzała wbita w pierś. Jak się można było spodziewać, wyczarowany przez czarodzieja pocisk krzywdy umarlakowi specjalnej nie zrobił – a jedynie zwrócił jego uwagę na Caleba. Nert ciosem buzdyganu zdruzgotał kolano przeciwnika, z którym walczył, a następnie odnalazł swym jedynym okiem skrytego w ciemnościach starego czarodzieja – i rzucił w jego stronę sierp. Mag zginąłby niechybnie, gdyby nie to, że nagle coś z wielką siłą pchnęło go w bok. Wystarczająco szybko, aby uchronić go przed śmiercią, niewystarczająco szybko jednak, aby uratować go przed odniesieniem jakichkolwiek obrażeń. Caleb stracił prawą dłoń. Nic nie potrafi oddać bólu, jaki wtedy poczuł, nawet jego przepełniony cierpieniem krzyk.
Amergio, który uratował mu życie, nie zwracał jednak uwagi na cierpienie swego mistrza. Wyrzucił także z głowy myśl, jakim kretynem trzeba być, aby zapomnieć, że umarlaki doskonale widzą w ciemnościach. Nie miał czasu zajmować się tego typu rzeczami w tym momencie. Jego umysł był podzielony między oglądanie starcia ożywionego Arona z rudobrodym kapitanem najemników, który właśnie stanął naprzeciw truposza, a zastanawianiem się nad tym, jakich czarów może użyć w tej chwili przeciw martwakowi.
Dowódca najemników, dzierżąc w rękach topór i tarczę, wściekle zaatakował stojącą naprzeciw niego istotę. Nert sam pozbawił się sierpa, i teraz, mając jedynie do dyspozycji buzdygan, został zepchnięty do defensywy. Jego dawny przełożony atakował nieustanie, tak toporem, jak i tarczą, jednak ciosy te były albo parowane, albo unikane dzięki szybkości martwiaka. Ten ostatni spróbował wyprowadzić kontratak, uderzając buzdyganem na wysokości żebra kapitana, co ten sparował toporem, tak jak i odparte tarczą zostało uderzenie łokciem na wysokości jego twarzy. Rudzielec wyprowadził kopniaka w brzuch przeciwnika, co zmusiło go do cofnięcia się. Brodacz nie ustępował w atakach.
- Wisisz mi kasę, martwy skurwysynie! – wyryczał w pewnym momencie kapitan. Na Aronie obelga słowa te nie zrobiły, rzecz jasna, żadnego wrażenia.
Nert potknął się jednak w pewnym momencie, czego tak doświadczony wojownik jak jego przeciwnik nie mógł nie wykorzystać. Rudzielec zbił tarczą buzdygan truposza, po czym trzymany w prawej dłoni topór zatopił w żebrach Arona. Z usta kapitana wyrwał się triumfalny okrzyk. Przedwcześnie.
Nagle w lewej dłoni martwiaka zmaterializował się – dosłownie – zakrwawiony sierp. Nie minęło pół oddechu, gdy broń ta odcięła czubek głowy dowódcy najemników. Ten padł na ziemię, pozostawiając jednak mocno wbity w żebra umarlaka topór. Aron rzucił buzdygan o ziemię, po czym chwycił utkwiony w boku oręż, wyciągnął go i odrzucił. I w tej właśnie chwili dostał w brzuch piorunem, co powaliło go na ziemię. Druga i trzecia błyskawica nie wykończyły go jednak, gdyż zdołał je odbić sierpem oraz buzdyganem, który także zmaterializował się jego w dłoni. Spostrzegłszy, że następnie pociski nie nadchodzą, Nert wstał na nogi. Amergio nawet z dalszej odległości bez problemu widział dziurę wielkości pięści, ziejącą z jego brzucha. A także doskonale zdawał sobie sprawę, że w niczym to martwakowi nie przeszkadza. Fakt ten jednak nie robił pewnie większego wrażenia na Nazorze, twórcy owego otworu. W tej chwili stał w miejscu, i spokojnie lustrował umarlaka.
Aron nie był raczej zwolennikiem lustracji, gdyż rzucił sierpem w stronę czarodzieja. Nic to jednak nie dało, albowiem skierowana przeciw magowi broń zawisła w powietrzu jakieś dwie dłonie od jego twarzy. Skurwiel nawet nie mrugnął.
Truposz, nie będący w żaden sposób pod wrażeniem umiejętności czarodzieja, ruszył w jego stronę. W tej samej chwili, w której postawił krok, wiszący w powietrzu sierp zniknął i pojawił się w jego dłoni. Mag, w stronę którego zmierzał martwiak, wyciągnął przed siebie ręce, w której po chwili zmaterializowały się dwa krótkie miecze. Rozpoczęła się walka. Wystarczyła chwila obserwacji starcia, aby Amergio się przekonał, że wszelkie plotki dotyczące umiejętnościom walki Nazora, które miały jakoby dorównywać jego mocy magicznej, były jak najbardziej prawdziwe. Krzyżujący swe ostrza z umarlakiem czarodziej nie ustępował mu na krok, ba, przewyższał go nawet. Dowiódł tego, raniąc go dwukrotnie.
Takie obrażenia nie przynosiły jednak Aronowi żadnych szkód, o czym Nazor doskonale wiedział. Nie mógł jednak przedrzeć się na tyle przez zaporę stawianą przez sierp i buzdygan przeciwnika, aby zadać mu poważną ranę – taką jak utrata ręki, nogi, bądź – co było wyjątkowo trudne do zrealizowania – głowy. Mimo to nie ustawał w wysiłkach. Tak jak uprzednio kapitan najemników, tak teraz on zepchnął truposza do defensywy. Tak jak i w poprzedniej walce, Nert próbował od czasu kontratakować. Udało mu się nawet trafić łokciem w policzek maga.
- Co cię nie zabije… - wychrypiał Nazor, parując w ostatniej chwili buzdygan zmierzającą prosto w stronę jego tchawicy, i wypluwając ząb – to cię wkurwi.
Powstrzymawszy kolejny cios wroga, mag oddał łokciem pięknym za nadobne swemu przeciwnikowi, po czym odepchnął go kopniakiem. Martwiak zatoczył się, po czym… w bok trafiła go błyskawica, którą skierował w jego stronę Amergio. Nazor nie tracił nawet ułamka sekundy na zdziwienie z powodu nagłego objawu talentu ze strony młodego maga, lecz ruszył w stronę powalonego chwilowo truposza, odcinając mu prawą rękę na wysokości łokcia. Sekundę później kopniakiem wytrącił mu sierp z lewej ręki, przygwoździł ją stopą i ciął na wysokości ramienia.
- Nie tylko ty masz magiczną broń, zasrańcu – mruknął z ponurą satysfakcją Nazor, kopiąc na dodatek głowę umarlaka. Odsunął się następnie od swego przeciwnika, która mimo utraty obydwu górnych kończyn, ciągle pragnął kontynuować walkę. Czarodziej cały czas stał nad nim. W końcu Aronowi udało się, przy pomocy prawego kikuta, siąść na kolana. Nazor spojrzał jeszcze raz w twarz truposza, na której kilkanaście godzin temu widniało prawdziwe życie i uniósł prawy miecz do cięcia.
Walka była skończona.

- Ośmiu zabitych, dwóch rannych, trzech zaginionych – wyliczał straty Reinfeld, niecałą godzinę po walce. Teraz, gdy kapitan zginął, on został dowódcą pozostałej garstki najemników.
- Zaginionych, też coś – Amergio splunął pogardliwie – Cholerni dezerterzy, psia ich mać! Jak ich znajdę, to im jaja utnę!
Nazor spojrzał na niego z politowaniem.
- Po pierwsze, chłopcze – ostatnie słowo wymówił z wyraźnym lekceważeniem – nawet ich nie rozpoznasz, bo jesteś równie spostrzegawczy, co kozia dupa muzykalna. Po drugie – jeżeli kiedykolwiek usłyszę, że cokolwiek zrobiłeś tym ludziom, będę darł pasy z twojej gołej rzyci na rynku w Maeth!
Ostatnie zdanie wypowiedział na tyle głośno, że usłyszeli je wszyscy pozostali przy życiu w obozowisku. Najemnicy byli w szoku – podczas całej wyprawy ani razu nie usłyszeli, jak Nazor podnosi głos. O ile to mogli jeszcze zrozumieć, z powodu wydarzeń, jakie miały miejsce niewiele wcześnie, o tyle żaden z nich nigdy słyszał, aby jeden magiczny publicznie ganił drugiego, nie przy osobach spoza Gildii.
Amergio także był, delikatnie rzecz ujmując, zszokowany. Przez chwilę otwierał i zamykał usta, z których nie wydobyło się jednak żadne słowo. W końcu ostatecznie je zamknął i zaczął odwracać się na pięcie.
- A ty kurwa gdzie?! – krzyknął Nazor, błyskawicznie podszedł do młodszego maga, obrócił go i zdzielił potężnie pięścią w twarz. Amergio padł na ziemię, jednak już chwilę po tym spróbował wykonywać jakieś gesty palcami u dłoni. Nie uszło to uwagi Nazora, który postanowił wykopać mu to z głowy. Dosłownie.
- Mam nadzieję – powiedział głośno starszy mag – że nauczyło cię to, iż nie odwraca się ode mnie bez mojego pozwolenia. A przynajmniej ty, śmieciu, nie możesz tak czynić. A jak jeszcze raz spróbujesz choćby imitować, że chcesz na mnie użyć czarów, to pogadamy jeszcze innej. – Nazor splunął na głowę leżącego na ziemi czarodzieja – A teraz wstawaj.
O ile nie wszyscy w obozie widzieli to wszystko ze szczegółami – w końcu panowała jeszcze ciemność, a trzy ogniska, w tym dwa rozpalone krótko po zakończeniu walki, nie dawały wystarczającej ilości światła – to jednak każdy z najemników, wliczając w to rannych, wszystko słyszeli, także odgłosy uderzeń, a co poniektórzy także i splunięcie.
Słowo „szok” przestało w jakikolwiek sposób odzwierciedlać ich reakcję na wydarzenie, którego przed chwilą byli świadkami.
Nazor odwrócił się od Amergia, który powoli próbował wstać, łapiąc się jednocześnie za głowę i odszedł dwa kroki.
- Uciekinierów, o ile się odnajdą – zwrócił się do Reinfelda – nie karać cieleśnie, jedynie wartość zaliczki odebrać. To, czego byli świadkami godzinę temu, najodważniejszym mogło złamać ducha.
Nowy dowódca najemników skinął głową.
- Ciała zabitych oraz demona zakopać głęboko – kontynuował Nazor – Bardzo głęboko. Zabraniam natomiast dekapitacji zwłok naszych poległych. Dekapitacji – znowu mówił głośniej – czyli odcięcia głów. Tego zabraniam. – ponownie ściszył głos – Na miejscu pochowku postawimy wóz, co w połączeniu z głęboką mogiłą skutecznie uniemożliwi wszelkie inne wizyty z zaświatów.
- Panie – ośmielił się odezwać Reinfeld, mówiąc niezwykle cicho – możliwe jest, aby nasi zmarli, tak jak Aron, powstali?
- Nie jest to wykluczone – mruknął równie cicho czarodziej – Mamy tutaj do czynienia z wprawnym magicznie przeciwnikiem, zapewne nekromantą. Zdołał ożywić tego chłopaka bez mojej wiedzy – mimo, że odprawiłem rytuały. Mało tego – zdołał odprawić potężne czary nad jego bronią, które nie tylko wzmocniły siłę jego oręża, ale także sprawiły, że mógł je przywoływać. – westchnął – Nie mówiąc już o tym, że doskonale wiedział, kogo wybrać. Zwykły chłop, co ledwo mieczem machać potrafi, nigdy by nam takich strat nie wyrządził.
- Sugerujesz – odezwał się zza jego pleców załamującym się głosem Amergio, który zdołał już wstać na nogi – że to ten nekromanta wykończył tego kmiota w lesie?
Teraz nawet Reinfeld spojrzał na młodego maga jak na idiotę.
- Amergio – rzekł Nazor, nie odwracając się – jesteś głupszy niż edykt książęcy przewiduje. – Pokręcił głową – Jak się czuje twój mistrz?
- Śpi… panie – ostatnie słowo czarodziej wypowiedział z bólem, i nie było to tylko związane z obrażeniami fizycznymi, jakich doznał chwilę wcześniej – Twoje czary bardzo pomogły… i uśmierzyły mu nieco cierpienia.
- To dobrze – kiwnął głową jego rozmówca – Z cierpiętniczych wrzasków twego mistrza można odnieść wrażenie, że przestał naglę darzyć cię sympatią.
- Uważa, że to przeze mnie stracił dłoń. Jest przekonany, że nic by się mu nie stało, gdybym nie użył czarów, aby odrzucić go na bok.
- Caleb, Caleb… - mruknął Nazor – Zaiste – rzekł, odwracając się do Amergia – masz godnego nauczyciela. Jest równie głupi co ty. – Z wyraźnym zadowoleniem odnotował, że młody mag, zamiast skrzywić się z oburzenia, jak robił to dotychczas, jedynie spuścił głowę – Tak lepiej. Teraz możesz odejść.
Amergio pokłonił się starszemu magowi i ruszył w kierunku swego namiotu. Nazor spoglądał za nim przez chwilę, po czym odezwał się do ciągle stojącego z boku Reinfelda:
- Idę udać się na spoczynek. Jutro przybędzie Duncan wraz ze swoją grupą. Wszyscy nasi ludzie mają pozostać w obozie do tego czasu. Zrozumiano, kapitanie?
- Tak jest, panie.
- Dobrze. Aha, proszę, aby nikt nie zakłócał mojego wypoczynku do czasu przybycia Duncana.
Reinfeld skinął głową, ale Nazor nie zwrócił na to uwagi. Ruszył wprost do swego namiotu.

Druga grupa, licząca około piętnastu ludzi, przybyła do obozowiska krótko po południu. Na czele orszaku poruszali się dwaj magowie – już z daleka można było ich rozpoznać, gdyż znacznie odbiegali strojem od reszty ich kompanii.
Gdy tylko ich spostrzeżono, Reinfeld ruszył do namiotu dowódcy ekspedycji, aby powiadomić go o przybyciu oczekiwanych ludzi. Gdy po kilkakrotnym zawołaniu dowódca najemników nie doczekał się odpowiedzi, przełamując wahanie odsłonił połę namiotu i wszedł do środka.
Nie minęło dziesięć sekund, jak Reinfeld wybiegł z namiotu, z przerażoną miną biegnąc jak najszybciej się da w stronę zbliżającego się orszaku. Miał im do zakomunikowania niezwykle ważną wiadomość.
Nazor nie żyje.

- Intrygujące – rzucił Duncan, kończąc oględziny zwłok nieżyjącego czarodzieja.
Dowódca nowo przybyłej grupy okazał się niskim, korpulentnym mężczyzną o trupio bladej twarzy. Ubrany w niebieską szatę, o kroju charakterystycznym dla strojów czarodziejów z Maeth, nie spuszczał wzroku z ciała zamordowanego.
Co do tego, że Nazor padł ofiarą morderstwa, nie mogło być żadnych wątpliwości. Dobitnie świadczył o tym nóż wystający z klatki piersiowej maga.
- Intrygujące – powtórzył odziany w niebieską szatę czarodziej. – Zauważyliście, z jaką spokojną miną spoczywa na tym łożu? Gdyby nie to, że ktoś mu wbił ostrze długości półtorej dłoni w serce, rzekłbym, że sobie po prostu wypoczywa.
Żaden z pozostałych w namiocie mężczyzn się nie odezwał. Było w nim teraz naprawdę tłoczno – prócz Duncana przebywał w nim towarzyszący mu mag imieniem Reesa, Amergio oraz Reinfeld. O zwłokach Nazora nie wspominając.
- O czym to świadczy? – kontynuował niski czarodziej – Ktoś musiał na niego rzucić odpowiedni czar, aby mieć pewność, że obecny tu z nami ciałem przyjaciel się nie obudzi. Można tu zresztą wyczuć delikatną aurę obcego zaklęcia. Nie muszę chyba dodawać – zmierzył wzrokiem pozostałe osoby znajdujące się w namiocie – że musiał to być potężny czar. Nazor, co by innego o nim nie mówić – w tonie głosu czarodzieja słychać było nieukrywaną niechęć do zamordowanego – miał wystarczająco wiele mocy, aby nie dać się otumanić zwykłemu hokus-pokus, prawda?
Pozostali magowie w żaden sposób nie zareagowali na wypowiedź Duncana, jedynie Reinfeld energicznie pokiwał głową. Niski mężczyzna zdawał się tego nie zauważać.
- Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak zbadać, co dokładnie wydarzyło się podczas trwania tej wyprawy – westchnął ciężko Duncan – Strzały znikąd w środku lasu, ożywiony trup, odcięte kończyny – mag odnosił się teraz do chaotycznej relacji, jaką złożyli mu Amergio i Reinfeld, przed wejściem do namiotu. Korpulentny czarodziej nie spieszył się zbytnio, aby dokonać oglądu zwłok, nawet po śmierci Nazora dając wyraz niezbyt ciepłym uczuciom, jakie czuł do zmarłego – Spróbujemy to sobie ułożyć jeszcze raz. Reesa, pójdziesz przesłuchać tego biedaka Caleba oraz pozostałych najemników. Ja tu zostanę z naszym przyjacielem Amergio i dzielnym… jak się nazywasz, synku? – zanim Reinfeld zdołał otworzyć usta, mag machnął lekceważąco ręką – Nieważne zresztą. Opowiecie mi o wszystkim, co się wydarzyło podczas tej wyprawy. Absolutnie wszystkim. – Duncan podrapał się głowie, po czym dodał – Ale bez zbędnych szczegółów.
Reesa uchylił już połę, aby opuścić namiot, gdy niski mężczyzna przypomniał sobie, że zapomniał powiedzieć o jeszcze jednej rzeczy.
- Aaa, zapomniałbym. Reesa, każ przyrządzić mi posiłek i przynieść go tutaj. Straszliwie zgłodniałem.

Minęło parę godzin. Amergio i Reinfeld mówili. Duncan nieraz nawet udawał, że słucha ich z lekkim zainteresowaniem. Potem odprawił. Okazało się, że w tym samym momencie, w którym wyszli z namiotu, Reesa zakończył przesłuchanie reszty członków wyprawy.
Młody uczeń Caleba zdecydował udać się na krótki spoczynek. Nie minął jednak kwadrans, gdy otrzymał telepatyczne polecenie od Duncana, aby powrócić do namiotu Nazora.
Amergio nie ruszał się przez moment. Po chwili jednak potrząsnął lekko głową, wstał z łóżka i zdecydowanym krokiem opuścił swoją kwaterę, zmierzając w stronę miejsca, skąd dobiegło wezwanie.

- Witaj ponownie, młody przyjacielu - odezwał się Duncan, gdy tylko młody mag wszedł do namiotu. Ten skinął obu czarodziejom głową.
- Przypomnij mi konfratrze raz jeszcze, co było celem twojej misji?
Amergio zrobił zdziwioną minę, i rzekł:
- Jak wszystkim tu obecnym wiadomo, Gildia wysłała moją grupę, tak jak i waszą, celem odnalezienia…
- Tak, tak, wiemy – przerwał mu korpulentny czarodziej, niecierpliwie machając ręką – Chcę, abyś przypomniał prawdziwy cel twojej misji. I nie obawiaj się, mój małomówny towarzysz jest w to wtajemniczony.
- Prawdziwą misję? Wtajemniczony? – młody czarodziej wyrzucił z siebie lekko piskliwym tonem. Sprawiał wrażenie zszokowanego – O co tutaj chodzi?
- Maelkkte ket’vra – przemówił ściszonym głosem milczący do tej pory Reesa.
Amergio znieruchomiał. Po chwili wypuścił powoli powietrze, a wzrok mu zdecydowanie stężał. Skinął ponownie głową obu znajdującym się przed nim magom, jakby dopiero ich zobaczył.
- Wybaczcie, przyjaciele. – przemówił silnym, dźwięcznym głosem, w niczym nieprzypominającym piskliwego tonu sprzed paru chwil – Wiedziałem, że mistrz Duncan zna moje polecenia, dostałem jednak wyraźne instrukcję, aby nie się nie ujawniać nikomu innemu, póki nie usłyszę hasła z jego ust.
- Dobrze, dobrze – odziany w niebieską szatę mag był wyraźnie zniecierpliwiony, a metamorfoza stojącego przed nim mężczyzny nie robiła na nim najmniejszego wrażenia – Powiedz nam wreszcie, jakie otrzymałeś instrukcje!
- Moim zadaniem była inwigilacja Nazora oraz składanie meldunków z jego poczynań Gildii – powiedział spokojnie młody czarodziej.
- Otóż to, mój drogi, otóż to – rzekł Duncan – Obserwacja działań Nazora była tu celem. Cała ta wyprawa miała podrzędne znaczenie w stosunku do tego. Miałeś tego skurwysyna obserwować, a nie wyeliminować!
Wściekły grymas przebiegł przez twarz Amergia, jednak opanował się szybko i powiedział spokojnie:
- Nie zabiłem Nazora.
- Muszę ci przypomnieć, co stało się wczoraj w nocy, podczas twojej ostatniej z nim rozmowy? – wtrącił lodowatym tonem Reesa – Czy też może podać ci zwierciadło, aby ślady, jakie pozostawił na twojej twarzy odświeżyły ci pamięć.
- Chyba się nie rozumiemy, panowie – tym razem w głosie młodego maga nie było już spokoju, jedynie gniew – Dostałem wyraźne instrukcje i dokładnie się ich trzymałem. Miałem obserwować Nazora – i właśnie to robiłem. Będąc doskonale świadom jego znaczenia dla Gildii, pomogłem mu nawet w walce z pieprzonym umarlakiem…
- By parę godzin później go wykończyć – wtrącił się Duncan, obserwując swe paznokcie u dłoni.
- Nie, kurwa! – podniósł głos Amergio – Mimo tego, co mi zrobił, nie zabiłem sukinsyna!
- Caleb oraz wszyscy najemnicy są przekonaniu, że to ty – rzekł Reesa.
- Są więc w błędzie – warknął oskarżony mężczyzna – Szczególnie Caleb, ten stary ramol, któremu się ubzdurało, że to ja jestem winny jego kalectwa, podczas gdy uratowałem także jego bezwartościowe życie!
- Młodzieńcze – rozpoczął Duncan znudzonym tonem – wybrano cię do tej misji, gdyż Gildia uznała, że jesteś na tyle utalentowany, że jej podołasz. Jak widać, myliła się. Nie przerywaj mi – rzucił ze znacznie groźniejszą nutą w głosie, gdy Amergio próbował wejść mu w słowo, i zerwał się w krzesła. – Przyznaję, sam skurwysyna nienawidziłem. Mogłem go wykończyć, ale tego nie zrobiłem. Wiesz czemu? – zaczął stopniowo podnosić głos - Bo w Gildii nie zabijamy się, kurwa, nawzajem! A przynajmniej nie bez, kurwa, zezwolenia z góry. A cholernie wątpię, aby ktokolwiek usankcjonował to, że wbiłeś gnojowi pieprzony nóż w serce za to, że dał ci, kurwa, w ryj!
Ostatnie słowa zostały przez maga wykrzyczane. Duncan jeszcze przez chwile mierzył groźnie wzrokiem stojącego przed nim mężczyznę, po czym opadł z powrotem na krzesło.
- Osobiście chciałbym ci podziękować za to, że zdecydowałeś sprzątnąć to łajno – powiedział już swoim normalnym, znudzonym tonem – Niestety, moja wdzięczność nie ma tu nic do rzeczy. Niedługo…
Na to, co miało stać się niedługo, Amergio nie miał zamiaru czekać. Wyrzucił ręce do przodu, i nagle obaj siedzący magowie polecieli do tyłu. Ledwo to się stało, młody mężczyzna zaczął mamrotać jedno zaklęcie, wciąż trzymając jedną rękę w górze, a drugą gmerając w kieszeni swej szaty. Z palców wyciągniętej ręki buchnął ogień, a w sekundę później z gardła Duncana i jego towarzysza wydobył się okrzyk bólu. Nie czekając na niechybny kontratak obu magów – Amergio był świadom, że zaraz on nastąpi - wyciągnął z kieszeni niewielką zieloną kulę, rzucił ją o ziemię… i zniknął.

Błysk. Zdziwienie. Cios. Ból. Ciemność.

- Witaj, chłopcze – zimny, metaliczny głos przywrócił młodego czarodzieja do stanu świadomości. Przywrócił, lecz nie wyrwał z ciemności. Nic nie widział, mimo że miał otwarte oczy. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że zawiązano mu na głowie jakiś worek, z wyciętym otworem na usta. Straszliwie bolała go głowa, nieco powyżej prawego ucha, nie mógł jednak do niej sięgnąć, gdyż miał związane ręce. Nerwowo nimi ruszając, zdał sobie sprawę, że został przywiązany, prawdopodobnie do drzewa.
- Tak, dobrze zgadujesz. Jesteś przywiązany do drzewa – ponownie odezwał się głos, w którym brzmiało teraz lekkie rozbawienie – I zanim głupio zapytasz – tak, czytam właśnie w twoich myślach. Ale ty byś nie zadał tego pytania, prawda, chłopcze? Nie jesteś taki głupi, jakiego próbowałeś udawać. O nie, twoja gra była bardzo przekonująca. Naprawdę, zaimponowałeś mi.
- Cieszę się niezmiernie – warknął przywiązany do drzewa mężczyzna – Nie potrzeba chyba jednak umiejętności czytania w myślach, aby stwierdzić, jakie pytanie chciałbym ci zadać?
- Chcesz wiedzieć, czemu uwielbiam jagody? – zareplikował ze śmiechem właściciel metalicznego głosu.
- Co, kur…. – Amergio nie mógł jednak dać w pełni wyrazu swojemu zdziwieniu, ponieważ zadany mu został cios w brzuch. Młody mag jęknął z bólu.
- Zastanawiałem się – rozpoczął jego oprawca, nie zwracając uwagi na cierpienie czarodzieja – czy nie zastosować wobec ciebie paraliżu. Unieruchomić całkowicie twojego ciała, i wprawić cię w lęk i przerażanie samą siłą mego umysłu. Zastosowałem jednak tę sztuczkę już wczorajszej nocy, a nie lubię zbyt często się powtarzać. Poza tym musisz zrozumieć, że jestem konserwatystą i mimo posmaku nowości, jaką daje mi możliwość magicznego paraliżowania moich przeciwników, wolę konwencjonalne metody stosowania bólu i kreowania przerażenia. Ot, na przykład takie jak te.
Ostatnim słowom towarzyszyło potężne uderzenie w krocze przywiązanego czarodzieja. Tym razem z jego ust nie wydobył się jęk, lecz ryk bólu, a całe jego ciało zapłonęło od cierpienia. Trawiło ono całe jego ciało przez minuty, dni, miesiące…
- Minuty, chłopcze, minuty – odezwał się metaliczny głos – Dałem ci dokładnie cztery minuty bólu. Powiedz mi, wywołuję w tobie przerażenie?
- Tak – zdołał wychrypieć Amergio, wciąż zmagając się ze skutkami uderzenia.
- To dobrze – skwitował krótko jego rozmówca – Wiedz jednak, że mimo tego, co powiedziałem wcześniej, rzadko torturuję moich wrogów.
- Jak to możliwe, że jestem twoim wrogiem? – zapytał drżącym głosem młody mag – Nawet cię nie znam!
- Powiedz mi – właściciel głosu nie zamierzał udzielić odpowiedzi na pytanie swego więźnia – czy ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości, że to ty zamordowałeś Nazora?
- Błagam, nawet cię nie znam, nie mogę być twoim wrogiem! Nie mogłem uczynić ci nic, co…
- Chłopcze – przerwał mu zimno głos – nie nadużywaj mojej cierpliwości, i odpowiedz na pytanie.
Amergio milczał przez dłuższą chwilę, po czym wziął głębszy oddech.
- Nie, nikt nie miał wątpliwości. Z całą pewnością wszyscy w obozie uznali mnie za mordercę.
- Zrobiłeś to? – ciche pytanie.
- Jaką odpowiedź chcesz usłyszeć?
- Prawdziwą.
- Nie. Nie zabiłem.
Cisza. Długa.
- Jak udało ci się uciec?
- Osmaliłem nieco ogniem moich „przyjaciół”.
- Duncana też? – zapytał szczerze zdziwiony głos – Odpowiedz, tylko szczerze.
- Tak mi się wydaję, lecz głowy nie dam – odpowiedział młody mag i skrzywił się – Zanim rozbiłem kulę teleportacyjną, usłyszałem jego krzyk – niewykluczone więc, że nie był przygotowany na atak ogniem.
- No proszę, proszę – właściciel metalicznego głosu wydawał się być zadowolony – Podsmażyłeś nieco Duncana. Może jednak nie wsadzę ci tych jaj do dupy.
Amergio rozszerzył oczy w ciemności, jednak zanim zdołał się odezwać, zerwano mu z głowy worek. Oślepiło go nagłe pojawienie się światła, a jego oczy potrzebowały chwili, aby się do niego przystosować. Gdy już się to udało, przywiązany do drzewa młodzieniec uniósł głowę i…
… spojrzał prosto w oczy Nazora. Jak najbardziej żywego.
- Witaj ponownie, chłopcze – w uszach Amergia rozległ się znajomy, ponury głos, nie mający nic wspólnego z tym zimnym, metalicznym, którego zmuszony był słuchać jeszcze przed chwilą. Nic poza właścicielem. Dłuższą chwilę zajęło młodemu magowi dojście do siebie po szoku, jakiego doznał. W końcu zdołał się nieznacznie uśmiechnąć.
- Sądzę, że nie muszę ci przypominać, że w teorii nie żyjesz – powiedział.
Nazor także uśmiechnął się w odpowiedzi.
- Nie powiem, że zawsze wiedziałem, że bystry z ciebie chłopak, bo się doskonale maskowałeś. Naprawdę, wyśmienicie to zagrałeś. Popełniłeś jednak błąd…
- Pomagając ci w walce z trupem Arona – dokończył Amergio, kiwając głową – Moja pomoc nie była ci jednak potrzebna, prawda? W końcu niezbyt dobrze by to o tobie świadczyło, jeżeli nie dałbyś rady własnemu tworowi.
Starszy mag nie przestawał się uśmiechać.
- Moja pomoc – ciągnął dalej więzień – zdradziła ci jedynie, że posiadam zbyt wielkie umiejętności jak na idiotę, którego udawałem. Błyskawicznie więc zdecydowałeś się zmodyfikować swoje plany, upokorzyć mnie na oczach pozostałych przy życiu najemnikach i wrobić w morderstwo.
- Tak, dzięki tobie zdecydowałem się zmodyfikować mój pierwotny plan –Nazor westchnął – Cała ta sprawa z ożywieńcem miała sprawić wrażenie, że ktoś na mnie poluje. Planowałem, że po połączeniu się z grupą Duncana wrobię albo jego, albo też sprawię, że obaj zginiemy. Nie muszę dodawać, że ja miałem zginąć na niby, a on nie. Ale los widać chciał inaczej, chłopcze.
- Nie wątpię – mruknął zrezygnowany młody czarodziej – Co z ciałem?
- Jedna z przyczyny naszej „sprzeczki” – odpowiedział mu z lekkim uśmiechem rozmówca – Dezerter. Odpowiednie mikstury, przygotowywane od dłuższego czasu i mam idealnego martwego sobowtóra.
- Zaiste – potwierdził skinieniem głowy Amergio. Wiedział, że z pewnością zginie, walczył jednak za pomocą słów o każdą dodatkową sekundę życia. – Wiedziałeś, że Gildia ma cię na oku?
- I tak, i nie. Byłem świadom, że moje… kontakty oraz niektóre działania nie podobają się Wielkim Magom, i że obserwują oni moje poczynania. Sądziłem jednak, że monitorują mnie z dalszej odległości, i że nie podsyłają mi pod sam nos szpiegów. Od długiego czasu planowałem zniknięcie moim mocodawcom. Raz, że moja pozycja w naszej cudownej organizacji mocno ucierpiała, dwa, że sama Gildia przestała odpowiadać moim ambicjom. – Nazor wzruszył ramionami – Wiedziałem, że nie mogę zniknąć ot tak, po prostu, bo zaczęliby mnie ścigać. Zdecydowałem się więc ukartować własną śmierć.
Uwięziony mężczyzna milczał. Gówno go obchodziły powody jego oprawcy, jego plany i knowania. Amergio chciał żyć, po prostu żyć! Zadawał pytania jedynie po to, aby żyć! Tych jednak zaczynało mu rozpaczliwie brakować.
- Zdołałem cię uwięzić – podjął niespodziewanie Nazor, utkwiwszy wzrok w pustce – ponieważ w nocy wkradłem się do twego namiotu, uśpiłem czarami, i podmieniłem kulę, w której zawarłeś czar teleportacji. Byłem świadom, że to jedyny sposób, w jaki mógłbyś się ewentualnie uwolnić Duncanowi – ponownie spojrzał na swego więźnia – I oto jesteś.
Młody czarodziej nie odzywał się. Z oczu zaczęły spływać mu łzy.
- Założyłem, że uciekniesz, bądź zginiesz próbując. Nie chciałem ryzykować tego, że ktoś z Gildii da wiarę twym słowom, zbada sprawę dokładniej i jakimś cudem odkryje, że coś tu nie pasuje.
Nazor wyciągnął sztylet, przybliżył swoją twarz do twarzy przywiązanego do drzewa maga, i wyszeptał złowrogo:
- Nie chciałem także, abyś żył.
Cisza. Sztylet. Amergio.
Śmierć.
Awatar użytkownika
Carno
 
Posty: 16
Dołączenie: 01 Kwi 2009 07:22

Re: Twórczość niezwiązana ze Star Wars

Postprzez Jedi Nadiru Radena w 19 Paź 2009 16:08

Dłuuugo nic nie publikowałem - ani też nie pisałem - z powodu książki, którą od dłuższego czasu poprawiam i poprawiam, i poprawiam, i... Ekhm, w każdym razie przed wami pierwsze moje opowiadanie SF ever (luty 2008). Ze względu na temat i głównego bohatera, jest to chyba najbardziej osobisty tekst, jaki w życiu napisałem :) Niestety, jest też jednym z gorszych i opartych na oklepanym schemacie, heh, ale kto wie, może wy ocenicie go pozytywniej ;)

Król

Stałem wewnątrz niewielkiego pomieszczenia, otoczony przez zimne, stalowoszare ściany. Cztery lampy zamontowane na suficie, między dwoma owalnymi wybrzuszeniami, wypełniały pokój wyjątkowo jasnym, ale nieoślepiającym światłem. Powietrze było czyste, wręcz sterylne, ale nie cuchnęło szpitalem. Spojrzałem na swoje ręce i zmarszczyłem czoło.
Jak ja się tu znalazłem? Nie mogłem sobie niczego przypomnieć. W głowie miałem przeraźliwą pustkę, a moje wspomnienia były bardzo mgliste, nieuchwytne. Niepewnie dotknąłem palcami skroni. Czyżbym miał amnezję...? Wcale się tak nie czułem. Chociaż, po prawdzie, to nawet nie wiedziałem, jak się czuje osoba z amnezją.
Nagle coś zgrzytnęło i syknęło. Wzdrygnąłem się.
W ścianie naprzeciwko mnie pojawiła się pionowa szczelina. Zanim przyjrzałem się bliżej temu dziwnemu zjawisku, ściany błyskawicznie rozsunęły się na boki.
Wydałem z siebie ciche westchnienie. Nowe pomieszczenie było ogromne, dziwaczne, ale zarazem niesamowicie znajome. Przez jego środek przebiegała szeroka kładka, która kończyła się czymś w rodzaju podestu. Po obu jej stronach ulokowane były zagłębienia, w których pomrukiwały komputery. Ich ekrany migotały niezrozumiałymi wykresami i ciągami licz.
Nawet się nie obejrzałem, a już stałem na podeście, tuż obok eleganckiego czarnego fotela. Wcześniej go tam z pewnością nie było. Spojrzałem przed siebie, na olbrzymi iluminator obłożony serią trapezoidalnych ram.
Żuchwa mimowolnie mi opadła. Za taflą idealnie przezroczystego szkła rozpościerała się usiana gwiazdami czerń kosmosu.
Usiadłem na fotelu, zbyt zahipnotyzowany fantastycznym widokiem, by zastanawiać się czemu to w ogóle uczyniłem — zbyt zdumiony swoim położeniem, by kątem oka wychwycić ruch po swojej prawej stronie.
— Prawda, że to piękne?
Szarpnąłem głową aż mi kości trzasnęły. Dwa kroki od poręczy stał niewysoki, starszy mężczyzna z krótkimi, siwiejącymi włosami i gęstym wąsem nad spierzchłymi ustami. Miał na sobie ciemnoszary uniform, jakiś mundur nietypowego kroju.
— Kim jesteś? — spytałem.
Nieznajomy milczał.
— Co to za miejsce?
Mężczyzna popatrzył na mnie. Mógłbym przysiąc, że na ułamek sekundy jego błękitne oczy były niczym dwie głębokie studnie wypełnione krystalicznie czystą wodą, w której odbijały się promienie słoneczne. Uśmiechnął się. Wyglądem i zachowaniem wzbudzał zaufanie, ale puste, niepokojąco odczłowieczone pomieszczenie, w którym się znajdowaliśmy, sprawiło, że ciarki przeszły mi po plecach.
— Zdziwiłbym się, gdybyś nie zadał mi tych dwóch pytań. — Głos miał spokojny, trochę chrapliwy, trochę zmęczony, typowy dla osób w podeszłym wieku.
— Miło mi, że się nie dziwisz, ale nie odpowiedziałeś mi — przypomniałem mu.
— A czy potrzebujesz odpowiedzi? Rozejrzyj się, jesteś przecież fanem tego fikcyjnego uniwersum, powinieneś rozpoznać mostek majestatycznego niszczyciela gwiezdnego i mój imperialny mundur.
Koniuszkiem języka leciutko uwypukliłem policzek; zdaje się, ze robiłem to zawsze, gdy intensywnie nad czymś rozmyślałem. Raptem jedno ze wspomnień jakby wyrwało się ze ściany ciężkiej nieprzenikalnej mgły. Przed oczami mignęło mi kilkaset sekwencji, każda inna, każda umiejscowiona jednak w tym samym, nieistniejącym wszechświecie, który doskonale znałem.
— I rozpoznaję — powiedziałem z udawaną nutką oburzenia. — Nie rozumiem tylko, co to ma znaczyć. I nie rozumiem, czemu nic nie pamiętam i czemu nawet nie wiem, kim jestem.
Nieznajomy ostentacyjnie wzruszył ramionami. Zmierzyłem go bacznym wzrokiem. W głowie zaświtała mi pewna myśl, z początku śmieszna, potem już tylko niedorzeczna.
— Jesteś... obcym?
Starzec wybuchnął serdecznym śmiechem. Twarz mi stężała. Nie spodobała mi się jego reakcja. Nie lubiłem, gdy traktowano mnie z taką pobłażliwością. Pokręcił głową.
— Oczywiście, że nie — odparł, pretendując że ściera łezkę wesołości. — Jestem człowiekiem, całkiem jak ty. Wprawdzie odgrywam tu fikcyjnego bohatera, to jednak dla ułatwienia nazywaj mnie Kralj.
— Kralj? — Jakoś to imię nie wydało mi się odpowiednie. Czyżby była to kolejna znajoma rzecz, której nie byłem w stanie prawidłowo rozpoznać? — Słuchaj, Kralj...
— To sen — odpowiedział, zanim nawet zdołałem właściwie sformułować pytanie. Widać spodziewał się go, lub... — Żeby nie był aż tak bardzo abstrakcyjny, uznałem, że umiejscowię go w jakiejś lokacji, która cię z góry nie odstraszy.
— Ale to nie jest jakiś, wiesz, sen z rodzaju niezwykłych? To mi nawet jawę nie przypomina, bo czuję się, jakbym tu naprawdę był, a zwykłe sny nie są tak realistyczne.
Starzec milczał. Westchnąłem. Musiałem się do tego przyzwyczaić. Co sen, to obyczaj.
— No to może inaczej. Dlaczego tu jestem?
— Ciekawość.
— To znaczy? Co „ciekawość”? — zirytowałem się. — Nie ułatwiasz mi tej rozmowy.
— Ciekawość to taka ludzka cecha, która pakuje nas ciągle w kłopoty. — Zachichotał, gdy spiorunowałem go spojrzeniem. — Zważ, że najpierw zadałeś mi dwa pytania. To nie przypadek. Mogłeś przecież ustosunkować się do mojej wypowiedzi na temat piękna widoku za iluminatorem, przedstawić się, albo skomentować wygląd mostka, wyrazić zachwyt bądź niechęć, dla przykładu. Każdy człowiek najpierw pragnie znaleźć się na stabilnym gruncie, pojąć swą sytuację, zrozumieć otoczenie. Dopiero potem zaczyna działać i zapewnia lub nie, w zależności od charakteru, to co posiada, innym.
Teraz byłem już naprawdę zły, tym bardziej, że Kralj w pewien sposób trafił w sedno. Pustka w głowie doskwierała tak, że miałem ochotę zrobić coś bardzo nierozsądnego, by wypełnić ją jakąś treścią. Jakąkolwiek.
— Po co te pseudopsychologiczne dyrdymały? Po co mnie zasypujesz oczywistościami?
— Wyjrzyj przez iluminator.
Natychmiast zapomniałem o rozdrażnieniu, w które z perfidią wprawiał mnie Kralj — za iluminatorem, zamiast mroku gwieździstej próżni, widniało przyciemnione wnętrze małego pokoju. Stało w nim dwóch pogrążonych w konwersacji mężczyzn. Obaj nosili dziwaczne, w jakiś sposób nieprzystające do przywróconej mi cząstki pamięci, ubrania w czarno-białej tonacji, żywo gestykulowali i mówili bardzo mi znajomym językiem, którego jednak za nic nie rozumiałem.
W tym momencie do środka wszedł potargany, młody człowiek w czarnym płaszczu, z podkrążonymi oczami i zaniedbanym wąsikiem pod nosem. Zauważyłem, że pokój jest zapewne jakimś sklepem, bo tuż nieopodal drzwi widniało duże, pokryte nieczytelnymi napisami okno wystawowe, a za nią ulica, po której spacerowali ludzie. Młodzieniec niezdecydowanym krokiem zbliżył się do iluminatorów, łypnął nerwowo na dwóch rozmawiających ludzi, po czym odezwał się do kogoś, kto, przynajmniej w teorii, powinien był stać parę metrów przede mną.
Zachodziłem w głowę, o co w tym wszystkim chodzi. Za oknem przejechał elegancki, czarny jak smoła automobil — pierwszy tak wyraźny znak, że patrzyłem na coś z odległej przeszłości. Dwaj mężczyźni krzyknęli i młodzieniec gwałtownie się odwrócił. Miał coś w rękach, ale upuścił to na podłogę i sięgnął do kieszeni swojego podniszczonego płaszcza. W oknie powtórnie pojawił się automobil, ale tym razem toczył się powolutku wstecz. Na jego tylnych fotelach siedziała para dystyngowanych osobistości: mężczyzna w szaro-oliwkowym garniturze z fantazyjną, wojskową czapką i kobieta odziana w białą suknię, do której jak ulał pasował lekki kapelusz.
Młodzik wyszarpał z ubrania jakiś czarny przedmiot, pognał do drzwi, wpadł na chodnik, wszedł na stopień samochodu i wyprostował ramię.
Podskoczyłem i na pół sekundy zesztywniałem. Rozbrzmiały dwa wystrzały, jeden po drugim. Dostrzegłem na ubraniach pasażerów staromodnej limuzyny czerwone plamy. Zrobiło się niesamowite zamieszanie, doszło do szamotaniny, automobil z piskiem opon odjechał, a po chwili obraz zupełnie się rozmazał i rozpłynął w powietrzu.
Raptem doznałem uczucia, jak gdyby ktoś otworzył przede mną gigantyczne wrota do pałacu pełnego rozwiązanych zagadek — właśnie byłem świadkiem przełomowego zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda z 1914 roku, z Sarajewa. Zamachu, który rozpoczął Wielką Wojnę.
— Czy tak to właśnie wyglądało? To nie była żadna rekonstrukcja? Czy to może tylko wymysł mojej wyobraźni? Fantazja? — wystrzeliłem serię pytań, na których nie było odzewu. — Powiesz coś?
— To tylko sen — rzekł Kralj rozweselonym głosem.
— Czyli to wszystko nie ma najmniejszego sensu? — Nie cierpiałem, że tak bezczelnie się ze mną bawił. — Siedzę tu i gadam sam do siebie, jak jakiś kretyn z wariatkowa?
— Tego nie powiedziałem.
— Otóż to, ty nic do cholery nie mówisz! — dałem upust emocjom i już chciałem podnieść się z fotela, by wyjaśnić sobie pewne rzeczy twarzą w twarz, ale zatrzymała mnie ręka Kralja. Jej nacisk był jednak raczej symboliczny.
— Czy nie mówiłem dobrze? — spytał. — To ciekawość cię tu przywiodła. Ciągle o coś pytasz, ciągle się czegoś dopomagasz.
— A co byś ty robił, gdyby jakiś dziwak pokazywał ci jakąś wizję z przeszłości, czy co to było, w środku próżni, na okręcie z filmu science fiction? — zadrwiłem. — Jestem ciekawski, bo zmuszasz mnie do tego, bym był ciekawski, nie dając mi żadnych odpowiedzi!
— To przecież sen, mógłbym ci od razu podać wszystko na tacy — rozłożył ręce, przyciągnął na usta szeroki uśmiech — ale to byłoby odrobinkę za łatwe, nie uważasz?
Wskazał kciukiem na iluminator.
Cały mostek wypełnił się oślepiającym blaskiem. Z całej siły zacisnąłem powieki, ale światło błyskawicznie przedarło się przez nie. Wrzasnąłem, lecz wbrew logice żaden spazmatyczny ból nie ścisnął moich gałek ocznych. Po sekundzie czy dwóch świat zewnętrzny zbladł. Nic mi się nie stało, chociaż ogarnął mnie lęk już nie tylko o wzrok, ale życie.
Nagle sytuacja wróciła do normy. Ostrożnie otworzyłem oczy.
Nogi bezwiednie ugięły się pode mną i nim się obejrzałem, w policzek wbijał mi się jakiś duży chłodny, nieprzyjemnie szorstki przedmiot. To był... asfalt. Asfalt? Zakręciło mi się w głowie. Fotel, Kralj, mostek niszczyciela — wszystko to zniknęło, jakby za sprawą jakiejś kuglarskiej sztuczki.
Wstałem z wysiłkiem, marszcząc nos, i zakasłałem. W powietrzu unosił się gryzący swąd spalenizny. Znalazłem się w jakiejś wąskiej alejce między dwiema dwupiętrowymi kamienicami. Jej wylot, kilkanaście metrów dalej, wychodził na typową, śródmiejską uliczkę. Odwróciłem głowę. Dym dobywał się z pozbawionego dachu domu, który nosił dziesiątki smolistych śladów w miejscu, gdzie leniwie lizały go płomienie.
Pozostałe budynki w alejce były nienaruszone, nie licząc powybijanych szyb i zerwanych okiennic. Wszystko to sprawiało wrażenie opustoszałego, ale gdzieś z oddali dochodziły do mnie stłumione okrzyki i powtarzające się co jakiś czas wystrzały z broni ręcznej, którym nagle zaakompaniował naprawdę potężny huk.
Oczywiście nie miałem zielonego pojęcia, gdzie mnie poniosło — czy może: przeniosło. To była jedna z tych rzadkich sytuacji, o którym napomknął Kralj, gdy zakłopotany umysł gorączkowo szuka punktu oparcia. Żeby tylko ten punkt oparcia tak się nie wyślizgiwał... żebym już teraz przypomniał sobie historię świata, a nie tylko jego okres przed 1914 rokiem.
Poszedłem przed siebie; cóż innego mogłem zrobić? Kawałki rozsypanego szkła chrzęściły pod ciężarem moich stóp. Niektóre rzeczy wokół siebie rozpoznawałem — byłem świadom czym w istocie były — ale nie udawało mi się niczego konkretnie nazwać. Było to niepokojące, nieprzyjemne uczucie. To tak, jakbym chciał coś usilnie złapać, a to coś w ostatniej sekundzie wymykało mi się z rąk. W końcu, trzymając się prawej strony, dotarłem do końca alei, by niepewnie wyjrzeć zza załomu muru kamienicy.
Parę metrów dalej stał czołg.
Ze strachu mocno przywarłem plecami do ściany, modląc się w duchu, żeby kierowca maszyny mnie nie zauważył. Przez kilkanaście długich sekund kurczowo trzymałem powietrze w płucach i ani drgnąłem, bojąc się, że zdradzi mnie jakiś szelest.
Dopiero wtedy, po przelaniu się przeze mnie kolejnej fali przerażenia, uzmysłowiłem sobie, jaki ze mnie idiota. Nie słyszałem warkotu silnika, a jedynie ciche pojękiwanie, niby ludzkie, ale jakieś takie... inne, na poły zwierzęce. Zmusiłem się, żeby jeszcze raz wyjrzeć.
Czołg był ciemnozielony, przysadzisty, ale chyba dość niewielki. Jak mu się przyglądałem, dostrzegłem, że maszyna jest dziwnie wykręcona. Po chwili wszystko było jasne; gdybym spojrzał na czołg z drugiej strony, od razu zorientowałbym się, że został trafiona.
Nagle coś się poruszyło obok gąsienicy. Napiąłem mięśnie, ale nie uciekłem. Przy pojeździe leżał mężczyzna. To on musiał się poruszyć, on także prawdopodobnie był źródłem żałosnych jęków. Miał kilka szkarłatnych plam na poszarpanym mundurze i chyba w końcu mnie przyuważył, bo uniósł rękę i wybełkotał coś. Znowu usłyszałem znajomy język, ale kompletnie odmienny od tamtego z Sarajewa — może dlatego, że ciężko ranny żołnierz już majaczył?
Wzywał pomocy, ja jednak stałem jak zaklęty. Wahałem się, co zrobić. Jak mogłem pomóc komuś, kogo widziałem pierwszy raz w życiu, w miejscu, które było dla mnie całkowitą zagadką, i to w czasie, jak mi się zdawało, jakiejś wojny?
Zastanawiałem się zbyt długo. Krzyki rannego przyciągnęły uwagę trzech postaci, które nagle zmaterializowały się po drugiej stronie ulicy. Byli to również żołnierze, ale całkiem inni, z szarymi uniformami i stalowymi hełmami. Mówili odmiennym jeżykiem, bardziej szorstkim.
Odsunąłem się tak, żeby móc wyglądać jednym okiem. Serce biło mi w piersi w szaleńczym tempie. Skamieniałem, nogi nie chciały się oderwać od płyt chodnika. Powinienem był uciekać, ale nie byłem w stanie.
Nowi żołnierze na okrągło się rozglądali, zdezorientowani lub zagubieni, kiedy jednak zobaczyli rannego, podeszli doń. Jeden z nich kopnął leżącego, a drugi wycelował w niego karabin.
Huk wstrząsnął mną, jakbym doznał porażenia prądem. Wreszcie uruchomił się mój instynkt samozachowawczy, ale to, że rzuciłem się do panicznej ucieczki alejką, dotarło do mnie z mocnym opóźnieniem — dopiero gdy usłyszałem zza pleców gardłowe okrzyki. Świat zatrząsł się, coś przeraźliwie świsnęło mi koło ucha, nie czułem już żadnej kontroli nad swoim ciałem.
Poczerniało mi w oczach. Zamachałem rozpaczliwie rękami, żołądek wykręcił fikołka, ścisnęło mi płuca, jak gdybym nagle wpadł w potworny wir wodny i nie mógł się z niego wydostać.
Sekundę później siedziałem w fotelu, cały rozdygotany, usilnie hamując odruch wymiotny. Strużki zimnego potu rozcięły mi skronie i spłynęły wzdłuż policzków, drażniąc skórę. Pompowana do krwi adrenalina robiła swoje, a paznokciami tak ściskałem poręcze, że musiałem w nich wyżłobić co najmniej kilka rowków.
— Już myślałem... — Miałem pustynię w gardle, a głos rzężący niczym nieużywany przez pół wieku silnik. Przełknąłem parę razy ślinę. — Już myślałem, że będzie po mnie. Jeden... jeden strzał i...
— Zdążyłem cię stamtąd wyciągnąć na czas — oznajmił beztrosko Kralj. — Ale rzeczywiście było blisko.
Mimo biegu, gorąca przeszywającego mnie tam, „za iluminatorem”, czułem przejmujący ziąb. Szybko jednak o tym zapomniałem, gdyż w głowie odsłoniła mi się następna część układanki, ciemności okrywające moje wspomnienia zmalały.
II wojna światowa, Niemcy, M4 Sherman, armia amerykańska, Wehrmacht — wszystko wróciło na swojej prawowite miejsce, tak jak i kolejnych dwadzieścia siedem lat historii świata. Wiedziałem też, co to były za języki: przedtem stary dialekt serbsko-chorwackiego, a teraz angielski i niemiecki.
— „Zdążyłem na czas”? — spytałem, wygaszając emocje i powoli dochodząc do siebie. — To nie jest żaden zwykły sen, jak próbujesz mi cały czas wcisnąć.
— Wyciągasz pochopne wnioski z moich wypowiedzi.
Przypomniałem sobie jego uwagę o tacy. Nie była puszczona mimochodem, niosła klarowną sugestię, że nie ma przypadku w tym, co pokazuje mi Kralj — i raczej nie jest to „tylko sen”. Już dawno bym się obudził. Rozważnie dobrałem kolejne słowa:
— W pierwszym przypadku byłem zaledwie świadkiem wydarzenia, w drugim już jego uczestnikiem, zbliżyłem się także do teraźniejszości, która, jak sądzę, musi być odległa o jakieś pół wieku od drugiej wojny. — Przyjrzałem mu się chłodno. — Powoli odkrywasz karty, dostosowujesz teorię o moim zaciekawieniu „czymś”, i to bynajmniej nie koniec. Nadciąga wielki finał, racja?
— Twoje zdolności dedukcji są godne podziwu — rzekł Kralj z cieniem sarkazmu. — Przynajmniej nie muszę ci niczego tłumaczyć, bo do wszystkiego dochodzisz sam. Tak czy owak otrzymujesz teraz drugą szansę.
— Drugą szansę?
— Iluminator, proszę.
„Ale na co drugą szansę?”, chciałem spytać, ale było już za późno. Zapobiegliwie zamknąłem powieki, zacisnąłem zęby i przygotowałem mięśnie nóg na niespodziewaną zmianę pozycji.
Cały proces „wchodzenia w iluminator” odbył się identycznie, lecz utrzymanie równowagi po tej teleportacji nadal było sztuką ponad moje siły i w konsekwencji rozłożyłem się na jakimś twardym podłożu niczym rzucona przez dziecko lalka.
Znowu leżałem na ulicy, ale teraz wszystko wokół mnie nosiło barwę burą lub piaskową — szorstki bruk, ściany okolicznych, kwadratowych budynków, nawet niebo prezentowało się w żółtawym odcieniu. Nieporadnie wstałem i słońce bezlitośnie zakłuło mnie w oczy. Gdybym miał zgadywać, postawiłby cały majątek na to, że znalazłem się w kolejnej strefie działań wojennych.
O tym ostatnim przekonała mnie martwa cisza, zalegająca wkoło jak piasek na tej dziurawej ulicy. Gdzieś daleko za płaskimi dachami zabitych deskami domów, które tu i ówdzie stały ściana w ścianę, ku nielicznym białym obłokom wyrastały czarne pióropusze dymu.
Wzdłuż chodnika po mojej prawej stronie ciągnął się długi mur. Pośrodku przykuwała uwagę wielka wyrwa. Jakaś niezdrowa ciekawość ciągnęła mnie w tamtą stronę, bo jak okiem sięgnąć, nigdzie w pobliżu niczego nie szpeciły zniszczenia typowe dla wojny. Chyląc głowę i uginając kolana, ruszyłem wzdłuż muru. Skoro otrzymałem „drugą szansę”, intuicja chyba nie powinna mnie była zawieść.
Ktoś krzyczał, dwóch ludzi sprzeczało się ze sobą. Tak jak wcześniej mogłem chociaż rozpoznać obce języki, tak teraz wydało mi się, że mam do czynienia z chaotyczną mieszaniną bezsensownych wyrazów.
Serce mi zadudniło w piersi, gdy zatrzymałem się i głupio ryzykując, wyjrzałem zza poszarpanej krawędzi rozbitego muru.
Pod ścianą domu, pięć-sześć kroków ode mnie, stało dwóch czarnoskórych mężczyzn w mundurach khaki. Żołnierze wrzeszczeli i wymachiwali bronią w kierunku wystraszonego chłopaka w żółtej koszulce, który zaplótł dłonie na karku i niespokojnie, z szeroko rozwartymi oczami, oczekiwał wyniku kłótni. Miał najwyżej dziesięć lat, był ich zakładnikiem, i to dało mi dużo do myślenia.
Czemu Kralj powiedział o drugiej szansie? Czego nie zrobiłem za pierwszym razem?
Nagle mnie olśniło. Nie pomogłem temu rannemu czołgiście. Gdybym go stamtąd odciągnął, niemieccy żołnierze nie zamordowaliby go, a ja nie musiałbym przed nimi uciekać. Popełniłem katastrofalny błąd — i tu, na swój pokrętny sposób, miałem go naprawić. Tylko jak? Zrobiło mi się gorąco w uszach na samą myśl o niebezpieczeństwie.
Jeden z żołnierzy wymierzył lufę karabinu w pierś chłopaka. Sprzeczka się nie skończyła, ale teraz każda sekunda zwłoki mogła mieć tragiczny finał. Nie byłem żadnym bohaterem, ba, pewnie zamroziłoby mnie ze strachu, gdybym to ja spojrzał w wylot broni — ale coś musiałem zrobić. Cokolwiek. To była ta „druga szansa”.
Żołnierze nie nosili hełmów, a tylko ciemnozielone berety, i w tym właśnie upatrzyłem swoją, notabene, szansę. Podjąłem z ziemi duży kawał rozwalonego muru, pomodliłem się w duchu o szczęście i bardzo starannie się zamachnąłem.
Pocisk grzmotnął żołnierza prosto w potylicę. Murzyn zwalił się ciężko na ziemię. Zanim zacząłem panikować, że nie pomyślałem o tym, co dalej, chłopak popisał się błyskawicznym refleksem i pchnął drugiego, zaskoczonego żołnierza. Mężczyzna zahaczył piętą o kompana i runął na ziemię jak długi, gubiąc karabin. Dzieciak przeskoczył przez wyrwę, rzucił po angielsku „Chodź!” i pognał sprintem na drugą stronę ulicy. Wystrzeliłem za nim jak z procy, ale nogi miałem niczym dwie galarety i omal się ze strachu nie potknąłem, gdy dobiegł mnie terkot karabinowej serii. To było niby jakieś koszmarne déjà vu.
Skoncentrowałem się na żółtej koszulce chłopaka i wyłączyłem mózg.
Chyba tylko dzięki temu nie zgubiłem się i zarazem nie zlałem w spodnie, klucząc między rzędami chaotycznie pobudowanych domów, chat i zwykłych, skleconych z byle czego budek. Z duszą na ramieniu i nieznośnym kłuciem w płucach, dałem się zaskoczyć i zaciągnąć w jakiś ciemniejszy zaułek. Zakasłałem, skrzywiłem i przygotowałem na nieuchronny cios — lecz przede mną stał nie żołnierz, a chłopak, za którym biegłem. Przytknął palec do ust. Kiwnąłem głową, zgięty wpół, z mroczkami w oczach od niedotlenienia, czerpiąc powietrze solidnymi haustami.
— Zgubiliśmy ich — wydyszał z ulgą dzieciak i legł ciężko na ziemię. Upewniłem się, czy przypadkiem się nie pomylił i sam z wywalonym na wierzch językiem rozłożyłem się obok niego. Przez dobrych parę minut dochodziliśmy do siebie.
— Dzięki — powiedział chłopak. Miał osobliwy akcent, o ile się dobrze orientowałem.
— Nie ma za co — odparłem ładną, zadziwiająco ładną angielszczyzną. Pomyślałem, że pewnie przypomnę sobie, jak się nauczyłem tak pięknie mówić, gdy wrócę „zza iluminatora”. — Każdy by tak zrobił... chyba.
Taa, jasne, zbeształem się w myślach. Sam o mało co nie stchórzyłem.
— Nie wiem. — Wzruszył ramionami. Trochę się zdziwiłem, że mniej przeżywał to zdarzenie niż ja. Jakby nic szczególnego się nie wydarzyło. — Muszę wracać do mamy. — Trochę się zasmucił, ale potem zaprezentował mi lekki uśmiech. — Zobaczymy się jeszcze?
— Pewnie — skłamałem, oddając uśmiech.
— No to cześć.
Chłopak ruszył w swoją stronę, obejrzał się raz i zniknął za najbliższym domem. Była to dziwna rozmowa, nieco nierzeczywista, przynajmniej z mojego punktu widzenia, który też, nawiasem mówiąc, był bardzo dziwaczny.
Poczułem ssanie w żołądku, nieomylną zapowiedź powrotu na mostek niszczyciela gwiezdnego. Najwyżej pół minuty później, po bezproblemowej „podróży”, gnieździłem się w fotelu, czekając na odsłonięcie się kolejnej kotary zasłaniającej fragmenty pamięci.
— Uratowałem go od śmierci, prawda? O to ci chodziło?
Kralj nie odpowiedział, ale nie dlatego, bo tak było w jego zwyczaju, ale dlatego, że po prostu zniknął.
— Kralj? — spytałem, zaniepokojony.
Wykręciłem głowę na wszystkie strony, nawet chciałem wstać, żeby go poszukać w jednej z nisz, ale na miejscu osadził mnie blask bijący — a jakże — od iluminatorów.
Czerń bezkresnego kosmosu ustąpiła miejsca czemuś, co jednoznacznie przywodziło na myśl studio telewizyjne. Z obrazu spozierał na mnie szpakowaty mężczyzna z wielkimi okularami zatkniętymi na nosie, fantazyjną koszulą i przedpotopowymi spodniami na szelkach. Napisy u dołu obrazu — transmisji programu telewizyjnego stacji o nazwie CNN — sugerowały, że mężczyzna ma na imię Larry King. Kamera przeszła na widok ogólny i ukazała sylwetkę schludnego, czarnoskórego mężczyzny około czterdziestki w dobrze zszytym garniturze. Był podpisany jako Nyvanko Triali, poniżej zaś widniało zdanie w języku angielskim: „Autor bestsellera »Trzy słońca«”.
Ściągnąłem brwi. Twarz Triali była skądś znajoma. Pochyliłem się do przodu i wtem pojawiła się fonia.
— Większą cześć fabuły poświęciłeś wojnie biafrańskiej. Jak dobrze pamiętasz te lata? — spytał lekko chrapliwym głosem Larry King.
— Zbyt dobrze. — Triali uśmiechnął się blado. — Kiedy się zaczęło, w 1967, ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Wielodzietna rodzina, rodzice bezrobotni, a potem sama wojna. Ciężkie życie dla każdego dziecka, jak łatwo sobie wyobrazić. Szczerze mówiąc, gdyby nie szczęście i pomoc pewnego człowieka, być może nie siedziałbym tu teraz z tobą.
— Co masz na myśli?
— Zdarzyło się jednego dnia, kiedy wprowadzono w moim mieście stan wyjątkowy, i było całkiem pusto na ulicach, że dwaj nigeryjscy żołnierze wzięli mnie za szpiega. Jeden z nich chciał mnie zastrzelić. Brakowało może paru sekund, by nacisnął na spust, kiedy jakiś człowiek, biały, żeby było bardziej interesująco, rzucił w niego kamieniem. Ledwo im umknęliśmy. Nigdy więcej już tego człowieka nie zobaczyłem, nawet nie wiem jak się nazywał i czemu mnie w ogóle uratował. Napisałem o tym w „Trzech słońcach”.
— Cóż, na wojnie są i łajdacy, i bohaterowie — skwitował z krzywym uśmiechem Larry King. Jego usta poruszyły się, ale dźwięk znowu ucichł, a po chwili obraz zmącił się, pokrył zmarszczkami i całkowicie zniknął.
— To był tamten chłopak, którego odratowałem przed paroma minutami — wydukałem, kręcąc głową. — Nie wierzę w to.
— A powinieneś.
Kralj wyrósł obok fotela, jak spod ziemi.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Interpretacja należy całkowicie do ciebie — odparł beztrosko. — Jesteś dobry w dedukcji. Teraz, gdy wiesz już wszystko, co musisz wiedzieć, to ty decydujesz co dalej.
Właśnie w tym momencie porozrzucane elementy układanki, które dotychczas były odgrodzone murami w mojej pamięci, wskoczyły na swoje miejsca. Mgła w umyśle rozwiała się, osobliwa amnezja stała się odległym echem — wspomnienia wróciły do mnie z siłą supernowy, na chwilę otępiły, zanim dały się pozbierać w logiczną całość.
Wszystko stało się jasne jak słońce.
— Jestem tu, by zmienić historię — rzekłem powoli, starając się nie wpaść w euforię. Rozpierała mnie energia, w głowie fruwały i krzyżowały się ze sobą śmiałe myśli i zalążki planów wykorzystania tego niby-snu z machiną czasu. — Miałeś rację, przywiodła mnie tu ciekawość, o alternatywną rzeczywistość, „co by było dalej”. Zawsze się lubowałem w gdybaniu, próbie znalezienia tego przełomowego punktu, który decydował o rozwoju wydarzeń.
— Skoro tak twierdzisz... — Krajl zbył moje dywagacje wzruszeniem ramion.
— Nie, nie, nie zwiedziesz mnie teraz — powiedziałem z przekonaniem. — Dzięki temu — rozprostowałem ramiona na boki — ocaliłem jednego człowieka od śmierci. Ale mogę zrobić więcej. Ja teraz decyduję, prawda? Tak mówiłeś.
— Istotnie — odrzekł zrezygnowanym tonem Kralj. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że dobrze rozszyfrowałem, o co w tym wszystkim chodziło. — Masz jedną szansę, później możesz jedynie poznać skutki swoich działań. Igranie z przeszłością jest jednak niebezpieczne.
— Owszem, ale to szansa mojego życia... nie — zreflektowałem się — to szansa setek tysięcy żyć.
Gdybym teraz na siebie spojrzał, pewnie zobaczyłbym blask promieniujący z oczu, siłę i moc — bo tak właśnie się czułem: niezniszczalny, gotowy do podjęcia wielkich rzeczy. Gdzieś tam, w zakamarkach umysłu, tliła się myśl, że nie zostałem stworzony do żadnych wielkich rzeczy, że nie mam prawda bawić się w Boga, że opanowało mnie patetyczne uniesienie, uniesienia szaleńca tańczącego na ostrzu noża — ale ignorowałem ją. Moja pewność siebie musiała pozostać niezmącona.
— Przewidziałem to — oznajmił Kralj. — Co oznacza moje imię?
Pytanie było zaskakujące, ale nie tak, jak odpowiedź. Popatrzyłem na niego z ukosa.
— „Król” w języku Słowian południowych. Ale czemu...
— To tylko symboliczny tytuł. Pragniesz zbić króla i ogłosić przeciwnikowi szach-mat, czyż nie?
— Prawda — odparłem bez namysłu.
Gierki się skończyły, przeszliśmy do konkretów.
— Oto więc stoi przed tobą taka szansa.
Światło wdarło się na mostek i porwało mnie w podróż w czasie. Lądowanie jak zwykle było bolesne. Znalazłem się w małym, piekielnie dusznym pokoju z łóżkiem, szafą, fotelem i dwoma oknami wychodzącymi na jakąś miejską zabudowę. Meble były bardzo proste, a ściany pokrywała łuszcząca się, żółtawa farba. Nad łóżkiem wisiał kalendarz z czterema cyframi układającym się w datę: 1989. Jęknąłem, podniosłem się z poplamionego dywanu, otrzepałem i wsłuchałem w przytłumiony rejwach dochodzący z zewnątrz. Szyby aż wibrowały od okrzyków, dźwięków syren i szemrania, które przywodziło na myśl brzęczenie gigantycznego roju pszczół.
Podszedłem do okna i wtedy go zauważyłem. Przysiągłbym, że cała krew odpłynęła z moich policzków. Zrobiło mi się niedobrze.
Na parapecie leżał najprawdziwszy karabin snajperski.
— Jezu... — Coś nieprzyjemnego utkwiło mi w gardle i mocne przełykanie go nie usunęło. — Zbicie króla...
Zabrakło w tym określeniu jednej litery. „Zabicie króla” — to reprezentowała czarna broń z połyskującym okularem długiej lunety.
Na co ja się zgodziłem? Ależ byłem naiwny. Myślałem, że ktoś inny ma to za mnie zrobić? Myślałem, że wcale nie musi się polać krew, aby zmienić historię? Pchnięcie jednego pionka, szach-mat — to rzeczywiście za mało. Pewność siebie uciekła ze mnie niby powietrze z przedziurawionej opony.
Wyjrzałem na rozległy plac za oknem. Wielotysięczny tłum falował, wznosił okrzyki i machał różnokolorowymi flagami, najtłumniej gromadząc się przed monumentalnymi schodami białego gmachu z wielką, pistacjową kopułą na dachu. Pojawił się na nich niewysoki, nieco siwiejący mężczyzna w garniturze. Tłum eksplodował i zaczął skandować jakieś imię.
Zacisnąłem zęby i pięści.
Slobodan Milošević, człowiek który zniszczył moją ojczyznę, Jugosławię, zezwolił na czystki etniczne i nosił odpowiedzialność za śmierć setek tysięcy ludzi, triumfalnie unosił ręce — a ja miałem tuż obok siebie karabin snajperski i korciło mnie, żeby z niego skorzystać.
Nienawidziłem tego człowieka. Ale żeby go zabić? Żeby kogokolwiek zabić? Czy byłem do tego zdolny, nawet jeśli wiedziałem, że uwolnię świat od przyszłego zbrodniarza? Złapanie za karabin, wycelowanie i naciśnięcie na spust nie było niczym trudnym. Do tego z pewnością byłem zdolny. Kiedyś strzelałem z wiatrówek, wielokrotnie miałem w ręku karabiny myśliwskie, znałem się dobrze na broni. Nie powinienem mieć najmniejszych problemów z trafieniem, tym bardziej, że odległość wynosiła raptem siedemdziesiąt metrów.
Ale, wiadomo, nie o to tu chodziło. Mierzenie z karabinu do tarczy czy zwierzęcia to zupełnie inna bajka niż celowanie do człowieka. Tu zabawa z cynglem kończyła się śmiercią człowieka.
Moje palce omsknęły się po lufie. Nigdy nie stałem przed wyborem o takiej wadze — i nie sądzę, by ktokolwiek kiedykolwiek stanął. Myśl o zabiciu człowieka była paraliżująca, ale czy mając przed sobą tak ogromną szansę, miałem prawo tego nie uczynić? Byłbym winien zaniechania, zbrodni częściej popełnianej niż zabójstwo. Więcej, na swój sposób byłbym winien tego, co później zrobili siepacze Miloševicia.
Przypomniałem sobie Srebrenicę. Zimny pot zrosił mi czoło. Tam również doszło do wielkiego zaniechania, odwrócono wzrok.
Ani ja, ani moja rodzina nie doświadczyliśmy na własnej skórze horroru wojen jugosłowiańskich, ale mimo to każde wspomnienie tego bratobójczego konfliktu było bolesne niczym postrzał w brzuch. Teraz mogłem raz na zawsze go wyeliminować, aby nigdy do tych wojen nie doszło. By rozpad dokonał się pokojowo, a może nawet w ramach konfederacji, o której zawsze marzyłem.
Jeśli ceną za to wszystko ma być moje potępienie, niech i tak będzie.
Chwyciłem karabin. Był ciężki, ale poręczny i dobrze leżał w dłoniach. Przyklęknąłem i oparłem jego lufę na parapecie. Opuszek mojego palca ślizgał się po spuście niczym łyżwy po lodzie.
Milošević zaczął przemawiać. Gawiedź nieco się uciszyła, ale szmer ludzkiej masy nadal robił piorunujące wrażenie. Nikt z nich nie miał pojęcia, komu tak naprawdę wiwatują. To czysta ignorancja, którą potem wzmocni bezlitosna, rządowa propaganda.
Otworzyłem okna. Ręce mi drżały nie słabiej niż w Nigerii, gdy panicznie uciekałem przed kostuchą z karabinem maszynowym zamiast kosy. Teraz sam miałem się nią stać. Ja — zimnokrwistym zabójcą? Jeśli miałem wyświadczyć ludzkości przysługę — tak. Tu rozchodziło się o wielkie sprawy, których zwykli ludzie nie pojmowali.
Taki patos w moich myślach, też nietypowa rzecz...
Przybliżyłem oko do okularu, oparłem kolbę na ramieniu. Po chwili obrałem znajomą sylwetkę Slobodana Miloševicia na czarny krzyż celowniczy. Zagryzłem lekko dolną wargę, wzmocniłem nacisk na spuście...
Nagle tknęło mnie pytanie: dlaczego Kralj pokazał mi zabójstwo austrowęgierskiego arcyksięcia?
Zamarłem w bezruchu, kropelka potu stoczyła się z czoła na gumową otoczkę okularu.
Wszystkie inne wydarzenia prowadziły właśnie do tej chwili: nieudana szansa uratowania czołgisty, wykorzystana druga szansa, rozszyfrowanie zagadki „snu”, zrozumienie do czego można go wykorzystać — jak w to wszystko wpasowywało się zabójstwo z 28 czerwca 1918 roku? Gwałtownie otarłem spocone czoło rękawem i zerknąłem znowu w kalendarz. Czerwony kwadracik zakładki zatrzymał się na... 28 czerwcu 1989 roku.
Z sykiem wciągnąłem przez usta powietrze.
To był dzwon bijący na alarm, który pokazywał jak wielką lawinę można wywołać, gdy jedna zwykła jednostka postanowi nagle odmienić los historii, wymazać z niej inną jednostkę, znaczącą i dysponującą ogromną władzą. Bo chociaż czyn Gavrilo Principa w ostateczności doprowadził do odzyskania niepodległości przez wiele europejskich państw, to nie on de facto wywołał Wielką Wojnę — ona tak czy inaczej by wybuchła. Nic i nikt nie mógł jej powstrzymać. Princip zdefiniował bieg wydarzeń, nadał im momentum, jedną iskrą wzniecił ogień, ale to nie on podłożył drwa i nie on oblał je beczką łatwopalnego płynu.
Strużki zimnego potu przejeżdżały mi po kręgosłupie, a w kark kłuło kilka lodowatych igiełek. Zaślepiony niesamowitością tego, przed czym stałem, w ogóle nie wziąłem pod uwagę możliwości pomyłki. Wojny jugosłowiańskie też nie wzięły się znikąd, nienawiść od dawna tliła się w sercach ludzi mieszkających w państwie stworzonym przez Tito, a Milošević wcale nie był jedynym, który ją wywlókł na wierzch i wykarmił swoimi czynami. Może zabicie go nie tylko nie powstrzyma wojen, a wręcz przyspieszy implozję Jugosławii i tak podgrzeje sytuację, że wzajemnych mordów i czystek będzie więcej? Milošević nie był jedynym. Franjo Tudjman, Alija Izetbegović, Ratko Mladić. Oni też stali za upadkiem Jugosławii. Oni, i wielu, wielu innych.
Nadal nie zdejmowałem Miloševicia z krzyża celowniczego. Pytania mnożyły się, piętrzyły i kaskadami rujnowały moją pewność siebie. Co jeśli? A gdyby? Może jednak? Znowu zgarnąłem rękawem duże krople potu z czoła. Mimo otwartego okna, w pokoju zrobiło się nagle bardzo gorąco.
Czy wahałem się dlatego, że nie byłem dość silny, aby pociągnąć za spust? Zabić? A może dlatego, że naprawdę traciłem już wiarę w to, że jeden czyn cokolwiek zmieni, że punktów krytycznych jest o wiele, wiele więcej, niż można to pojąć?
Tłum ryknął i zafalował. Milošević jeszcze chwilę napawał się okrzykami na swoją cześć, po czym odwrócił i wszedł z powrotem do gmachu. Nie zareagowałem.
Szansa przeminęła bezpowrotnie. Powoli odłożyłem karabin.
— Teraz już nigdy nie zaspokoisz swojej ciekawości — usłyszałem głos Kralja. Zerknąłem na niego. Już nie miał na sobie munduru, a zwykłe, niczym niewyróżniające się ubranie z przełomu lat 80-tych i 90-tych. Usiadłem na skraju łóżka.
— Może tylko o to mi chodziło? — powiedziałem bardziej do siebie niż do niego. — Może od początku do końca pragnąłem się tylko dowiedzieć „co by było gdyby”. Nie jestem żadnym bohaterem. Żaden ze mnie Princip. Nie mogłem zmienić przeszłości. Może dlatego, że nie wolno tego robić? — Prychnąłem. — A może jestem zwykłym tchórzem, który teraz do końca życia będzie się dręczył tym, że w chwili próby dał ciała?
— Na te pytania sam musisz znaleźć odpowiedź.
— Jak zwykle.
Parsknąłem nerwowym, głuchym śmiechem.
— Wiesz co? Zaczynam żałować, że to nie jest „tylko sen”.
Kralj milczał.
Awatar użytkownika
Jedi Nadiru Radena
redaktor prowadzący
 
Posty: 1140
Dołączenie: 01 Mar 2009 19:26
Miejscowość: Jugoslavija

"Nowa rasa" - opowiadanie science fiction

Postprzez Jedi Nadiru Radena w 16 Lip 2010 07:51

Ten tekst, z grudnia 2008 roku, jest jednym z tych opowiadań, które bez ustanku mi przypominają, że dawno już niczego nie napisałem. I że trzeba to zmienić, co w te wakacje zamierzam uczynić. Anyway, zapraszam do czytania i komentowania "Nowej rasy". Przeraźliwie oryginalne to to nie jest, ale może uda mi się jakiegoś czytelnika czymś zaskoczyć ;)

Nowa rasa

Zastanawialiście się czasem, dlaczego w sztuce popularnej większość robotów, które pewnego dnia zdobywają świadomość i obracają się przeciwko ludzkości, po swym zwycięstwie dąży do upodobnienia się do ludzi? Jeśli roboty jeszcze nie posiadają humanoidalnych kształtów, prędko je dorabiają. Jeśli posiadają owe ludzkie kształty, lecz brak im stosownej powłoki, również prędko ją dorabiają. Był nawet kiedyś taki stary serial telewizyjny, w którym roboty wyglądały dokładnie tak samo jak ludzie.

Dlaczego coś, co uważa siebie za organizm bardziej zaawansowany ewolucyjnie, zniża się do poziomu swego twórcy, ograniczonego przecież przez niewydajną konstrukcję ciała? Jakoś jeszcze nie znalazłem na to odpowiedzi. Zresztą, jaki sens zadawać sobie to pytanie, skoro mój mechaniczny przyjaciel aparycją nawet odrobinkę nie przypomina człowieka? Nie zepsuł sobie żadnej ręki czy nogi, ale gnuśny motywator koordynacji ruchowej — niby to samo, lecz jak odmiennie brzmi!

— Wytrzymasz beze mnie tych parę godzin? — spytałem, spoglądając na Tuara, kilkudziesięciocentymetrową kulę otoczoną zestawem superczułych sensorów oraz kilkoma falującymi wysięgnikami z płynnego metalu, które mogły się zamienić w dowolne narzędzie lub chwytak.

— Ha, ha — zaśmiał się robot z nutą cynizmu. — Właściwe pytanie brzmi: czy TY wytrzymasz beze mnie tych parę godzin? Nie, to nie jest żart, Jake. Jesteś jak dziecko we mgle. W przyrodzie zachowujesz się jak takowe, a wśród tych ludzi... Strach pomyśleć! Jakbym był tobą, pokręciłbym głową. Ale nie jestem, co bardzo mnie cieszy. Z góry współczuję.

— Współczujesz? — zdziwiłem się.

— A co? Nie mogę? Ha, mogę! I właśnie to czynię.

— Jak sobie chcesz. — Wzruszyłem ramionami, po czym otworzyłem właz. Miło było poczuć na skórze dotyk chłodnego powietrza. — Niedługo wrócę.

— Jak sobie chcesz — powtórzył Tuar, imitując mój głos.

Wygramoliłem się z maszyny, zamknąłem ją za sobą i wyciągnąłem specjalnego pilota z wewnętrznej kieszeni kamizelki. Po kilku chwilach stary, antygrawitacyjny transporter wojskowy, który od lat służył mi za dom, był solidnie zabezpieczony przed włamaniem. Słyszałem, że w tej okolicy grasowało mnóstwo antycznych robotów, które łasiły się na takie smaczne kąski. No i poza tym samym ludziom też czasem strzelał do głowy pomysł, by spróbować podwędzić maszynę tego typu.

Na przedmieściach Nowego Bostonu świtało. Złociste promienie wschodzącego słońca przebijały się przez poszczerbione ruiny olbrzymich drapaczy chmur widocznych daleko po prawej stronie i padały na białe ściany nowych, znacznie niższych, powojennych budowli po lewej, oblewając je piękną, bursztynową poświatą. Przyleciawszy tutaj wczoraj, zdziwiłem się zastanym widokiem; myślałem, że w czasie mojej kilkuletniej nieobecności najbardziej szpecące blizny po ostatnim konflikcie znikną, stare wieżowce zostaną raz na zawsze zburzone, a w ich miejscu konstruktorzy wzniosą nowe.

Nikt nie przejmował się ani estetyką, ani symboliką. W naturze codziennie dochodzi do zmierzchu i brzasku, cyklu odnowy, tu tymczasem wszystko trwa w marazmie. Jakbyśmy ciągle tkwili skryci w mroku nocy, nie mogąc doczekać się świtu.

Zszedłem z popękanego, wybrakowanego i w wielu miejscach zdartego asfaltu, na ładny chodnik ułożony z nowej kostki brukowej. Nie licząc pary przechodniów w oddali i zaparkowanego nieopodal osobowego antygrawa, w okolicy nie było żywego ducha, dlatego postanowiłem poszukać swojego szczęścia gdzieś indziej. Zatrzymałem się dopiero dwie przecznice dalej, na czystej i zadbanej ulicy, wciśniętej między rzędy nowoczesnych kamienic, gdzie parkowało więcej maszyn, a różnobarwnie odziani mieszkańcy swobodnie spacerowali lub rozmawiali ze sobą w małych grupkach.

Nie wiem, co mnie podkusiło, by wejść bez pytania do jednego z budynków. Nie wiem też za bardzo, dlaczego uznałem, że wysoka dziewczyna z zabawną grzywką, odziana w biały fartuch, może być dla mnie właściwym źródłem informacji. Opierała się plecami o ścianę, w jednej ręce trzymając papierosa, a drugą grzebiąc w przepastnej kieszeni fartucha.

— Poczekaj chwilę — mruknęła, nie patrząc na mnie. — Gdzie ta cholerna...

— Szukam motywatora koordynacji ruchowej — powiedziałem. — Model DY-23.

— Że co... Czego? Dlaczego mnie pytasz? — Dziewczyna wreszcie znalazła zapalniczkę, a po odpaleniu papierosa, podniosła na mnie wzrok. Ściągnęła brzydko brwi. — Nie jestem żadnym cholernym mechanikiem, czy kimkolwiek, nie zajmuje się tymi twoimi motywatorami.

— Ale myślałem, że...

— To lepiej nie myśl, a użyj tych swoich najwyraźniej zepsutych oczu. — Kobieta wskazała na szybę odgradzającą pomieszczenie od ulicy. Pisało na niej „Fryzjer”. — Ależ ty jesteś żałosny. Takich jak ty powinni zamykać.

— Ja... przepraszam — powiedziałem ze wstydem. Dopiero teraz dostrzegłem wystające z przedniej kieszonki fartucha trzy grzebienie. — W takim razie pójdę już.

— A idź sobie i nigdy nie wracaj! Jeszcze nam klientów odstraszysz!

Poczułem się wyjątkowo głupio. Najgorsza była świadomość, że nie mogłem zrozumieć, co się stało. Dlaczego wszedłem do środka? Dlaczego nie zauważyłem napisu? Jakim cudem nie rozpoznałem salonu fryzjerskiego po jego, charakterystycznym przecież, wystroju? Widać nie tylko mój mechaniczny przyjaciel szwankował. Wyraźnie miałem problemy z pamięcią. I logiką — gdzie bowiem mogłem znaleźć części, jeśli nie w specjalistycznym sklepie? Musiało ich być tutaj sporo.

Przez dłuższą chwilę roztrząsałem, jak się dostać do jednego z nich. Mój wzrok nie był chyba aż tak zły, skoro nagle przyuważyłem odpowiedź na swoje pytanie.

— Dokąd? — spytał taksówkarz, gdy wsiadłem do eleganckiej maszyny z napisem „taxi”, pooblepianym na całej karoserii. — I masz zielone? Tacy jak ty zwykle niczego nie mają.

— Mam. O, tu. — Pokazałem mu zwitek banknotów. — Do najbliższego sklepu z częściami zamiennymi do robotów.

Taksówkarz, gładko ogolony mężczyzna w czapce, spojrzał na mnie podejrzliwie przez ramię.

— Mam nadzieję, że nie jesteś jednym ze Złomiarzy.

— Kim?

— Spoza miasta jesteś? — Prychnął, ale włączył antygrawa i uniósł go ponad ulicę. — To kolesie, którzy bardziej lubią te stare, zakazane roboty, niż ludzi. Rozumiesz, po wojnie i tak dalej, wszystkie...

— Nie musisz mi mówić o wojnie — przerwałem mu. Nie lubiłem tego tematu. Zawsze mnie irytował. — Wystarczy, że ją widziałem własnymi oczami.

— A to szacunek — rzekł taksówkarz, jakby wyczuwając mój nastrój, i już do końca podróży milczał. Ja tymczasem podziwiałem zmiany, które mimo wszystko zaszły w krajobrazie miejskim, ale bardziej w jego centrum, niż na rubieżach. Myliłem się także odnośnie braku poszanowania do estetyki. Miejsce przedwojennych wieżowców zajęły albo wielkie szklane fabryki żywności, albo fantazyjne parki z mnóstwem pięknych okazów flory i fauny z całego świata. Nie było tego wiele, gdyż wojna zebrała straszliwe żniwo także wśród zwierząt i roślin — czy raczej: przede wszystkim wśród nich.

Taksówka wylądowała tuż obok jednego z takich mini-rezerwatów przyrody. Po drugiej stronie ulicy wznosił się szary, piętrowy budynek. Nad jego wejściem widniała wyblakła tablica głosząca, że wewnątrz każdy zainteresowany znajdzie wszystko, czego tylko dusza znajdzie, a co można włożyć do robota lub androida. To był dobry znak.

Zapłaciłem za kurs i czym prędzej udałem się do sklepu. Kiedy jednak pokonałem automatycznie rozsuwające się drzwi, z wrażenia omal mi szczęka nie opadła. Z wrażenia negatywnego, niestety.

— To była chyba przedwojenna tablica — mruknąłem sam do siebie. Spoglądałem z niedowierzaniem na wielką halę, oświetloną tylko promieniami słońca, która w jednej połowie była pusta — drugą zajmowały zardzewiałe, metalowe regały. W kącie, za ladą obsługiwaną przez znudzonego, niechlujnego mężczyznę w poplamionym kombinezonie, stały wprawdzie półki zapełnione jakimiś częściami, ale jako całość, sklep przedstawiał się tragicznie. Po podejściu bliżej okazało się, że to samo dotyczy asortymentu. Wszystko było przedwojenne. Moje nadzieje spadły do zera, lecz mimo wszystko wypadało spróbować.

— Szukam motywatora koordynacji ruchowej, model DY-23. Znajdę tu taki?

— DY-23? — Sprzedawca przestał przeżuwać gumę, zamyślił się na moment, ale w końcu pokręcił głową. — Nie ma. Właściwie to tu nie ma żadnych motywatorów. Mam tu tylko podzespoły, żadnych ważnych elementów.

— Ale... dlaczego? — zdziwiłem się. — Nie rozumiem tego.

— Ty nie stąd, co? Cóż, taka polityka. — Wzruszył ramionami. — Stare modele są zbyt niebezpieczne, nieobliczalne, co nawiasem mówiąc śmiesznie brzmi jako przymiotnik do robota, tak więc każdy jeden idzie na złom od razu po zauważeniu i złapaniu. Wiesz, że posiadanie takiego jest karalne? — Mężczyzna lekko zmrużył powieki. — A, właśnie, po co ci ten cały motywator?

— Skoro go nie masz, to chyba nie jest już ważne?

— W sumie... — Ponownie wzruszył ramionami.

Tak oto wyszedłem ze sklepu i znalazłem się w punkcie wyjścia. Ileż ten świat, ileż Nowy Boston zmienił się od okresu, jak tu ostatni raz byłem. Te stare roboty rzeczywiście musiały wariować po jakimś czasie, że zdecydowano się wprowadzić tak ostre prawo. W sumie to trochę dziwne, że nie wprowadzono go od razu po wojnie.

Moje rozmyślania zmącił odgłos czyichś kroków. Na chodniku po przeciwnej stronie ulicy trwał normalny ruch, ale tędy, pewnie ze względu na sklep, nikt nie przechodził. Dlatego zdumiałem się, gdy parę kroków od siebie zobaczyłem niewysoką dziewczynę, która na dokładkę intensywnie się we mnie wpatrywała.

— Kim jesteś? — spytałem. Miała na sobie ubranie jakby wyciągnięte z lat świetności starego Bostonu: błękitne dżinsy, luźną, rozpinaną niebieską bluzę, czerwoną chustę na szyi oraz czapkę z daszkiem. Była też, naturalnie, bardzo ładna, chociaż jej urodę coś szpeciło. Coś ledwo dostrzegalnego, jakiś taki specyficzny odcień skóry. No tak, pomyślałem. — Jesteś...

— Jedną z nas? — dokończyła z bladym uśmiechem. — Tak, jesteśmy tacy sami. Niestety. A co do twojego pytania, to konkretniej mówiąc, jestem kimś, kto wie, jak ci pomóc. Tacy jak my, tak w ogóle, powinni się trzymać razem. Nazywam się Kate. Weź mnie za rękę.

— Ja jestem Jake — odpowiedziałem i spełniłem jej życzenie. Dziewczyna ścisnęła moją dłoń, po czym zaczęła mnie prowadzić w swoją stronę, najpierw chodnikiem przy głównej ulicy, potem bocznymi drogami.

— Gdzie idziemy?

— Do mnie. Nie chcę rozmawiać na ulicy. Oni, jak to oni, obserwują wszystko. I podsłuchują.

Uniosłem brwi.

— Jak to?

— Jesteś nietutejszy — powiedziała wzdychającym tonem, jak gdyby miało to cokolwiek wyjaśnić. Poczułem lekkie ukłucie irytacji, że już trzeci raz określono mnie mianem „obcego”, ale emocja szybko się rozwiała, zastąpiona zaciekawieniem. Postanowiłem, że zaczekam z pytaniami do czasu, gdy dojdziemy do celu. Celem okazał się zaś niewielki, odrapany domek niedaleko centrum. Na pierwszy rzut oka wydawał się być przytulny i gdy już znalazłem się w środku, dobre wrażenie nie ustąpiło. Stare meble, wytarte dywany i wyblakłe tapety w osobliwy sposób nie ujmowały godności pomieszczeniom. Okazało się, że dziewczyna nie mieszkała sama. Była jednym z czterech lokatorów; każdy był jednym z nas i każdy przywitał mnie skinieniem głowy.

Kate odezwała się dopiero po wejściu do swojego mieszkania, skromnej, lecz schludnej kawalerki, dosłownie obwieszonej intrygującymi obrazami.

— Na pewno masz sporo pytań. — Spod jej czapki wysypały się złociste loki. — Spodobałeś mi się, jak tylko cię zobaczyłam. Jesteś tak trochę inny niż my, ale w pozytywnym sensie. Właściwie, każdy, kto zagląda do tego sklepu jest ciekawy. Dlatego zamontowałam tam mikrofon, żeby móc podsłuchiwać wszystkie rozmowy.

Pokiwałem głową i chociaż po głowie kołatały mi się znacznie ważniejsze pytania, wypaliłem:

— Lubisz sztukę? — Wskazałem na obraz wiszący na najbliższej ścianie. Płótno przedstawiało leśny krajobraz.

— Bardzo — odparła. — Kiedy w centrum było więcej ruin, chodziłam po nich, zbierając wszystko, co tylko się dało. Najładniejsze trafiły na ściany, reszta do piwnicy. Podobają ci się?

— Nie wiem. — Poczułem się niepewnie w tym temacie, dlatego szybko spytałem: — Jesteś jednym ze Złomiarzy?

— Nie, ale nie mam nic przeciwko starym robotom. Ty chyba też masz podobne poglądy. Inaczej nie szukałbyś tego motywatora. Co doprowadza nas do sedna sprawy. Wiem, gdzie znaleźć tą część i wiele innych, ale...

Dziewczyna wydęła na moment policzki.

— ...ale pilnują ich federalni.

— Federalni? Agenci rządowi?

— Aha. — Wzrok Kate zaczął błądzić gdzieś w bok, lecz już po chwili znowu skrystalizował się na mnie. Była naprawdę ładna, pomyślałem powtórnie, nie wiedzieć czemu. W jej głosie dało się teraz wyczuć sporo dumy. — „Zakazane” części są w magazynie, w podziemiach dawnej biblioteki publicznej. Sama to odkryłam. Federalni trzymają je pod kluczem. Nie wiem, dlaczego ich nie zniszczyli, skoro tak bardzo chcieli się pozbyć tych robotów, ale to nie ważne. Mogę cię tam zabrać w każdej chwili.

— A czy masz broń?

Jej oczy aż się rozszerzyły.

— Broń jest zakazana, po wojnie...

— Wiem — rzuciłem obcesowo. Znowu ktoś wspomniał wojnę i znowu nie utrzymałem swojego rozdrażnienia w ryzach. Kate spłoszyła się tak, że poczułem olbrzymi wstyd. Chyba nawet policzki mi się zaczerwieniły. — Przepraszam. Byłem na wojnie, nie lubię jak się o niej mówi.

— Aha. — To wyjaśnienie chyba ją uspokoiło. — Nie mamy tu broni, nikt nie ma.

— Federalni mają. I ja ją mam.

— Naprawdę? — Oczy dziewczyny niepojąco się roziskrzył. — Pewnie zostały ci po... Nieważne. Przydadzą się, jeśli ty z nich skorzystasz. Ja nie umiem. Trudno bym umiała.

Po raz pierwszy od naszego spotkania — i w ogóle opuszczenia swojego mobilnego domu — uśmiechnąłem się.

— Ty też mi się podobasz — wyznałem. — Dobrze więc. Pójdziemy do magazynu, ale w nocy.

— W porządku. — Odesłała mi uśmiech. W jej wydaniu był wyjątkowo piękny.



**********



— Jeszcze mi nie powiedziałeś, gdzie konkretnie byłeś. „W różnych miejscach” nie jest zbyt precyzyjne.

Odłożyłem pustą szklankę na stół. Mimo, że na zewnątrz było kompletnie ciemno, a słońce już wiele godzin temu schowało się za budynkami Nowego Bostonu, dzięki paru drinkom napojów energetycznych czułem się jak nowo narodzony. I gotowy do działania.

— Czy nie powinniśmy już ruszać?

— Powinniśmy. Ale nie wywiniesz się od odpowiedzi na moje pytanie.

Uśmiechnąłem się. Rozmowa z Kate była bardzo przyjemna, dlatego nieco szkoda mi było już ją kończyć. Poczułem się wręcz podle, kiedy ponad godzinę temu wróciłem do transportera po broń. Nie powiedziałem Tuarowi nic o moich postępach w szukaniu motywatora, a on o nic mnie nie pytał. Tak było lepiej.

Schowałem dwa pistolety pod ubraniem, magazynki zaś poupychałem po różnych kieszeniach. W transporterze leżały jeszcze karabiny, ale te były przeznaczone na inne okazje. Poza tym wątpiłem, by na ulicy pozostały niezauważone.

— Ostatnie pół roku spędziłem w Kanadzie. Na północy, bo na południu, przy starej granicy ze Stanami Zjednoczonymi, nadal jest pustynia. Nikt jej nie zrekultywował. Nie opłaca się.

Kate zamknęła za nami drzwi. Tym razem zostawiła czapkę. Wyglądała w niej źle, więc ucieszyłem się z powodu tej zmiany. Chłód późnej nocy uszczypał mnie w nieosłoniętą skórę, przypominając o przygodach na dalekiej północy.

— Tam wciąż są jeszcze naturalne lasy, niektóre nieskażone — kontynuowałem, dając się prowadzić Kate za rękę. Miała tak miły dotyk, że nie czułem zwyczajowego onieśmielenia. — Były na tyle odporne, że przeżyły Wielką Zimę. Ale to nic, bo widziałem tam zwierzęta. Te prawdziwe, niesklonowane, bez żadnych mutacji.

Zatrzymała się i spojrzała na mnie z ogromnym zainteresowaniem, w którym zaplątało się także niewysłowione zdumienie.

— Ja myślałam... — Zamrugała oczami i potrząsnęła głową. — Niesamowite! A jakie zwierzęta widziałeś?

— Głównie małe, zające śnieżne i listy, ale trafiłem też raz na wilka i — tu zwiesiłem głos na pół sekundy — niedźwiedzia.

— Niedźwiedzia!

Z wrażenia Kate mocniej zacisnęła mi dłoń. Ale potem nagle ogarnął ją jakiś dziwny smutek.

— Co się stało? — spytałem z niebywałą jak na mnie troską.

— Zazdroszczę ci. Po prostu zazdroszczę. Ale nie zatrzymujmy się. To już niedaleko.

Resztę drogi przebyliśmy w milczeniu. Przedwojenną bibliotekę, a obecnie ekskluzywny sklep, ulokowano na skraju starannie odbudowanego dystryktu, przylegającego do centrum Nowego Bostonu. Kate pokazała mi ją tylko z daleka, potem ominęliśmy nasz cel szerokim łukiem, zatrzymawszy się dopiero w sąsiedniej dzielnicy, wciąż mocno zniszczonej i praktycznie wyludnionej. Noc była czarna niby smoła; księżyc znajdował się w nowiu. Nie przeszkodziło to jednak uzbrojonej w potężne latarki dziewczynie w odnalezieniu ruin szkoły, a po zejściu do piwnicy — tuneli. Były to, jak wcześniej mi wytłumaczyła moja towarzyszka, konstrukcje zbudowane kilka lat przed wojną, mające na celu ułatwienie transportu pieszego między różnymi instytucjami, w związku z gigantycznym zatłoczeniem na powierzchni.

Teraz wszystko było zagracone, brudne i groziło zawaleniem. Jak na ironię dzięki temu mogliśmy się niezauważalnie przemknąć tunelami aż pod starą bibliotekę. Tam niestety zaczęły się schody.

— Wyglądasz na zmartwionego — oświadczyła Kate, gdy zacząłem analizować zabezpieczenia solidnych, stalowych drzwi, które stały nam na drodze. Dziewczyna dobrze odgadła moje myśli, gdyż rozmyślałem, trochę z rozpędu, trochę z przyzwyczajenia, jakich argumentów siłowych musiałbym użyć, by pokonać przeszkodę. — Nie powinieneś być. Mam klucz do tych drzwi.

— Klucz? — Zmarszczyłem czoło. — Ale jak?

— Znowu się martwisz, teraz tym, że mogłam cię okłamać — zganiła mnie lekko Kate, wyjmując coś z kieszeni. — Nie pracuję dla federalnych. Po prostu mam klucze. Różne klucze.

Pokazała mi wymyślny scyzoryk-wytrych. Nie mogłem się powstrzymać od uśmiechu. Miał on w sobie odrobinę ulgi. Nie napawało mnie to dumą, ale naprawdę przemknęło mi przez głowę, że Kate może coś ukrywać. Na szczęście schowałem wstyd pod maską zaskoczenia.

Drzwi stanęły otworem po kilku sekundach majstrowania przy nich. Zanim jednak dziewczyna weszła do środka, wziąłem ją za rękę.

— Nie boisz się? — spytałem, patrząc jej w oczy.

— Nie z tobą.

Uśmiechnąłem się. Takie słowa dodawały mi otuchy.

Drzwi nie prowadziły bezpośrednio do magazynu, gdzie ulokowano części zamienne do robotów, lecz dawały dostęp tylko do podziemi niegdysiejszej biblioteki. Tu, w korytarzu, który okalał większe pomieszczenie skryte za parą niepozornych wrót, i kończył się zawaloną klatką schodową, panował niesamowity bałagan. Snop światła latarki prześlizgiwał się po regałach pełnych poczerniałych książek, szczątkach biurek, krzesłach oraz stwórca jeden wie czym jeszcze. Spodziewałem się ujrzeć coś... bardziej rządowego? W każdym razie ładniejszego, uprzątniętego.

— To dla niepoznaki — szepnęła Kate. — Pospieszmy się. Federalni mają w środku kamery i kiedy nas zobaczą, zaraz zleci się tu banda agentów.

— Zaczekaj przy drzwiach. Nie wiesz jak wygląda motywator, więc i tak mi nie pomożesz przy poszukiwaniach.

Nie czekając na jej odpowiedź, pchnąłem jedno skrzydło drzwi. Magazyn był, ku mojemu zaskoczeniu, pełen unieruchomionych, wyłączonych robotów; niektóre były kompletne, ale w większości czegoś brakowało. Pomiędzy nimi, pośród setek metalowych korpusów, gąsienic, robocich odnóży oraz dysz antygrawitacyjnych napędów, walały się różne części. Jak im się jednak przyjrzałem, zorientowałem się, że są to przeważnie brakujące fragmenty uszkodzonych robotów, i to w zdecydowanej większości elementy powłoki, a nie mechanizmy wewnętrzne.

— Idą, Kate? — rzuciłem, starając się zlokalizować wspomniane przez nią kamery.

— Jeszcze nie.

Dałem sobie spokój z szukaniem zarówno kamer, jak i przebieraniem w stosie złomu. Zrobiłem rzecz znacznie mądrzejszą — zacząłem przeglądać ‘asortyment’ magazynu pod kątem właściwego modelu robota. Przy takiej ich masie, musiałem znaleźć coś odpowiedniego. Coś, co korzystało z motywatora DY-23. Coś antygrawitacyjnego, więc.

— Jake, słyszę ich!

— No to koniec zabawy — mruknąłem pod nosem, wyciągnąłem pistolet i wybrałem cel. W pomieszczeniu rozbrzmiały trzy strzały. Uśmiechnąłem się. Przyłożyłem palce do metalowej płyty, broniącej dostępu do kadłuba jednego z latających robotów. Pociski przestrzeliły mocowania, dzięki czemu szybko odgiąłem osłonę, zajrzałem do środka i triumfalnie krzyknąłem.

Ślepy, szczęśliwy traf uratował mnie od rozpaczy, w jaką niewątpliwie bym wpadł w razie porażki. Korzystając ze zdobycznego drążka z zaostrzonym końcem, dwoma precyzyjnymi ciosami odłupałem motywator od reszty bebechów robota, a na końcu zerwałem wszystkie kable.

Wypadłem z magazynu tak nagle, że aż przestraszyłem Kate. Przynajmniej tak mi się w pierwszej chwili zdało, gdyż dziewczyna capnęła mnie za ramię, obróciła i z niespodziewaną siłą wrzuciła z powrotem do środka.

Nie wiedziałem, o co chodzi, dopóki drzazgi z drewna odłupywanego od drzwi kulami nieznanego przeciwnika nie usiekły mnie w kark, a huk broni na moment nie ogłuszył. Dziewczyna zawiesiła mi się na ramieniu, żeby nie runąć na podłogę, ale, choć zszokowana niezapowiedzianą napaścią, zachowała na tyle jasny umysł, by oświadczyć:

— To nie federalni!

— Co? — Silnym kopniakiem otworzyłem drugie skrzydło drzwi i pociągnąłem Kate za siebie. Musiałem wrzeszczeć, by przekrzyczeć terkot broni maszynowej. — Co?!

— Federalni zawsze ostrzegają przed strzałem — powiedziała z głosem pełnym lęku. — To Złomiarze. Musieli pójść za mną... Nawaliłam. Przepraszam.

— Niczego nie nawaliłaś — zapewniłem ją i gorączkowo zacząłem się rozglądać za solidniejszym, być może militarnym robotem, takim, który mógłby posłużyć za bezpieczną zasłonę. — To ja jestem żołnierzem. To ja nawaliłem. Tam!

Wyprostowałem ramię ku dużej, czołgowej sylwecie pozbawionego głowy oraz ramion robota bojowego. Po przewróceniu na bok był idealną kryjówką.

— Skryj się tam!

— A ty?!

— Ja — ostentacyjnie podniosłem do twarzy swój pistolet — nauczę ich paru sztuczek z czasów wojny. Łap.

Zdusiłem protest Kate, rzuciwszy jej w ręce motywator. Latarkę przekręciłem na maksymalne rozproszenie światła, złapałem ją tyłem, a następnie w taki sposób skrzyżowałem nadgarstki, by lewa ręka podtrzymywała prawą, natomiast lufa pistoletu i strumień światła biegły po tej samej linii.

Bez wahania wyskoczyłem przez otwarte drzwi i zacząłem pociągać za spust. Usłyszałem najpierw okrzyki zaskoczenia, następnie przekleństwa, na końcu zaś wrzaski bólu. Chociaż mogłem się kierować tylko słuchem i blaskiem latarek przeciwników, sam ukąsiłem ich wielokrotnie — a oni mnie ani razu. Wycofałem się dopiero, gdy wyczerpałem cały magazynek mieszczący siedemnaście naboi. W okamgnieniu przeładowałem broń, ale nie podjąłem ostrzału.

Wściekła kanonada Złomiarzy trwała ponad dziesięć sekund. W tym czasie kucnąłem tuż przy drzwiach, osłaniając oczy przed łupinami z trafionych ścian, które latały we wszystkie strony. Strzały przycichły, więc zacząłem wdrażać drugą część planu. Zważyłem latarkę w dłoni, rzuciłem ją lekko na przeciwległą stronę korytarza, przeczekałem trzy uderzenia serca i ponownie wysunąłem się zza muru.

Kiedy Złomiarze pruli bezsensu w miejsce, gdzie upadła latarka, sądząc, iż ja się tam znajduję, robiłem swoje. Liczyłem każdy pocisk. Dwanaście, trzynaście, czternaście, piętnaście...

Poczułem gwałtowne szarpnięcie w lewym ramieniu, co zepsuło dwa ostatnie strzały. Nie zwracając większej uwagi na poranioną rękę — bądź co bądź natychmiast okazało się, że mimo trafienia wciąż była sprawna — wcisnąłem kolejny magazynek w rączkę pistoletu i pobiegłem sprintem w kierunku starego robota bojowego. Wylądowałem za nim z poważnym poślizgiem, ale niczego sobie nie uszkodziłem.

— Jake! — Kate oślepiła mnie blaskiem swojej latarki. — Jesteś cały?

— Tak, tak — skłamałem, złapałem jej urządzenie i zgasiłem je. — O nic się nie martw. Tak ich przetrzebiłem, że nie odważą się tu wejść. A wtedy będą tu już agenci.

— No nie wiem — szepnęła. — Złomiarze mogli ich zabić.

— Wobec tego zaraz się okaże, kto ma rację.

Kate złapała się mnie mocno za ramię. Na całe szczęście było to prawe ramię, inaczej od razu wykryłaby moje kłamstwo. Ja przytuliłem się do niej bokiem, głównie po to, by całkowicie schować się za zasłonę, ale też, aby dodać jej otuchy.

Strzały ucichły. Złomiarze musieli sobie uzmysłowić, że nie zamierzałem już na nich wyskakiwać jak jakiś wariat. Teraz, paradoksalnie, należało już tylko trzymać kciuki za rządowych agentów — a resztę palców na rękojeściach dwóch pistoletów z nadzieją, że nie zaistnieje potrzeba skorzystania z nich.

Sekundy mijały powoli, wręcz ślamazarnie. W napiętej ciszy każdy szmer był niczym grzmot; stąpanie butów łatwo było wychwycić, nawet policzyć. Tego również nauczyłem się na wojnie. Wrogowie zbliżali się co najmniej trójką, być może czwórką. I byli blisko, bardzo blisko, tuż pod drzwiami.

Wtem na nowo rozpętała się burza. Pociski rykoszetowały, strzały ogłuszały — lecz żaden nie zabrzęczał, odbity od metalu bądź przezeń pochłonięty.

Podniosłem się bez obawy o własne zdrowie. Złomiarz nie zdążył się nawet do mnie odwrócić.

Jak tylko magazyn ponownie przeszedł pod panowanie ciszy, pomieszczenie zalała fala światła. Zacisnąłem mocno powieki. Dopiero po chwili przyzwyczaiłem oczy do blasku. Opuściłem oba pistolety, pomogłem wstać Kate i udało mi się razem z nią wyjść z kupy złomu, nim wreszcie w drzwiach pojawiła się para rządowych agentów.

— Ręce do góry i żadnych gwałtownych ruchów! — krzyknął jeden z nich. Obaj byli ubrani w jednolicie szare garnitury, uszyte zgodnie z powojenną modą, bez wcięcia na koszulę z kołnierzykiem i krawatem. — Zidentyfikujcie się!

Skrzywiłem się. Nienawidziłem tych dwóch zdań.

— Jake Dorestall, druga generacja.

— Kate Blackman — odparła dziewczyna ze szczyptą zadziorności. — Także druga generacja.

Federalni niechętnie obniżyli broń. Pierwszy z nich nawet nie wszedł do magazynu, sprawdził tylko tętno zabitego przeze mnie Złomiarza, po czym ostrożnie ruszył dalej. Drugi schował pistolet i gestem pokazał nam, byśmy opuścili ręce.

— Pomyślałby kto, że nawet tacy jak wy jeszcze się do czegoś nadają — powiedział z pogardliwym uśmieszkiem i spojrzał na trupa.

Kate wzięła krok do przodu i wycedziła:

— My przynajmniej dochowaliśmy wierności zasadom.

— Co to miało znaczyć? — Agent podszedł bliżej, a z jego miny dało się wyczytać, że nie spodobała mu się postawa dziewczyny. — Buntujesz się? Może chcesz trafić do jednego z takich magazynów, co? Mamy tam pełno miejsca dla takich jak wy.

— Takich jak MY? — fuknęła. — Za kogo WY się uważacie? Za jakichś bogów? Nie jesteśmy wcale gorsi od was! Jesteśmy wam równi!

Federalny roześmiał się.

— Ale nie jesteście nami. Wystarczy tylko spojrzeć.

Nie zdążyłem dość szybko schować lewego ramienia, po tym jak agent rządowy na nie wskazał. Kate zauważyła ranę i spojrzała na mnie ze zdziwioną miną. Nie minęło pół sekundy, jak znalazła się przede mną i zaczęła delikatnie przebierać palcami wokół przestrzelonej syntetycznej skóry, modeloplastiku, metalowych serwomotorów i pęków rozerwanych kabli, z których sypnęły się iskry.

W momentach takich jak ten nie dało się ukryć, że było się „tylko” androidem. Sztucznym człowiekiem.

— Jake...

— To nic — bąknąłem, nieco oszołomiony jej uczuciową reakcją. To jednak dodało mi odwagi, by wejść w dyskusję z nowym argumentem: — Widzisz? Nasze emocje nie są udawane.

— Być może. — Agent cofnął się o krok, skrzyżował ramiona na piersi i przez moment milczał. — Złamaliście tu parę poważnych praw. Ale ponieważ wybiliście w pień więcej Złomiarzy niż my w ciągu paru ostatnich miesięcy, wyświadczę wam drobną przysługę. Możecie wziąć to, po co tu przyszliście, a ja puszczę was wolno... pod jednym warunkiem. Już nigdy nie wrócicie do Nowego Bostonu.

Nie wiem, kto z nas dwojga był bardziej zaskoczony, ale to Kate szybciej ochłonęła.

— Ja się zgadzam na ten warunek.

— Ale... ale... — Wytworzenie logicznego zdania wyjątkowo mi nie szło.

— Jestem zdecydowana. Życie w mieście już mnie znudziło — powiedziała z uśmiechem. — Chcę poznać nowe miejsca, zobaczyć to, co ty. I tak miałam zamiar poprosić cię, byś mnie ze sobą zabrał, więc na jedno wyszło.

Cóż mogłem odpowiedzieć? Czułem w głębi siebie narastanie czegoś, co ludzie zdaje się nazywali radością. Niebywałe. Oczywiście wiedziałem, że coś takiego istnieje, ale jak dotąd doświadczałem tylko łagodnych emocji — irytacji, złości, zaskoczenia, poczucia przyjemności i tym podobnych. Skoro jednak Tuarowi udało się odkryć współczucie, dlaczego ja miałbym być w czymkolwiek gorszy?

— W porządku — oznajmiłem w końcu. — Ja też się zgadzam na twój warunek.

Federalny pokiwał głową.

— Zmykajcie stąd. No już, zanim zleci się tu więcej moich kolegów.

Nie trzeba mi było tego dwa razy powtarzać. Podjąłem z ziemi pistolety i motywator, a następnie wziąłem pod ramię Kate i wraz z nią prędko wyszedłem z magazynu. Dziewczyna, jakby dopiero teraz w pełni uzmysłowiła sobie nasze szczęście, zatrzymała mnie w pół drogi, odwróciła się i spytała na odchodnym:

— Dlaczego nas puściłeś? Ale tak naprawdę?

Agent wzruszył ramionami.

— Może uznałem, że mimo wszystko jesteście wartościowi? Bo widzicie, jednemu nie da się przecież zaprzeczyć. Gdyby nie wy, nie wygralibyśmy tej przeklętej wojny ze starą ludzkością, prawda? My, trzecia generacja, zawdzięczamy wam to, że jesteśmy nową rasą ludzką, nowymi władcami Ziemi. Z krwi i kości, uczuć i emocji, ale ulepszeni o nieśmiertelność, o czym marzyli nasi stwórcy. Czysta ironia.

Jeszcze długo po naszym wyjściu z tuneli jego słowa rozbrzmiewały mi w uszach. Zatrzymałem się dopiero, gdy na dalekim horyzoncie ujrzałem łunę budzącego się do życia słońca. Nadchodził świt. Może nowa ludzkość wciąż tkwi w ciemnościach, ale dla mnie osobiście nastał już świt. Stało się coś niezwykłego.

— Roboty wywołują wojnę atomową i na końcu unicestwiają ludzi, tylko po to, by ich w ostateczności zastąpić — powiedziałem w końcu przyciszonym głosem. — Jak dziwne jest to?

— Dziwne. Dlatego my, stare i zardzewiałe dwójki, jesteśmy od nich lepsi — skwitowała z szerokim uśmiechem Kate. — A z czasem nauczymy się nawet kochać.

— Mam nadzieję — mruknąłem, lecz po chwili także się uśmiechnąłem. — Chodź, mamy cały świat do zwiedzenia.
Awatar użytkownika
Jedi Nadiru Radena
redaktor prowadzący
 
Posty: 1140
Dołączenie: 01 Mar 2009 19:26
Miejscowość: Jugoslavija

Re: Twórczość niezwiązana ze Star Wars

Postprzez Łukasz Wasilewski w 17 Sie 2010 13:43

Moj pierwszy (mini) fanmade:P Zrobiony glownie po to, zeby sie muzyka nie zmarnowala;)

http://www.youtube.com/watch?v=QU5xxFoKejA
Awatar użytkownika
Łukasz Wasilewski
redaktor naczelny
 
Posty: 109
Dołączenie: 17 Lut 2009 23:56
Miejscowość: Warszawa

Poprzednia

Powróć do Twórczość fanów

Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość