No i po Mistrzostwach Świata 2010. A że ludziska się rozpisują po forach i blogach, to i ja, korzystając z naszej ukochanej wolności słowa, dorzucę parę groszy
Finał. Był taki, jakiego się spodziewałem: nieciekawy, z małą liczbą strzałów i minimalną liczbą goli tj. jednym. Od dawien dawna tak jest, więc nie byłem szczególnie rozczarowany. Zwycięzcą także nie, bo odkąd pamiętam, kibicowałem Hiszpanii i życzyłem im złotych medali. Na Euro 2008 zasłużyli sobie na puchar całkowicie, w RPA trochę tak mniej – ale w międzynarodowym fudbolu te dwa-trzy ostatnie lata zdecydowanie należały do
La Furia Roja. Viva España!
Rozczarowania. Bez dwóch zdań Serbia. Za pierwszy, koszmarny, mecz i trzeci, w którym
Beli Orlovi byli o włos od awansu z grupy. Znowu jednak okazało się, że po pierwsze od czasu Mijatovicia, Miloševicia, czy Kovačevicia Serbowie nie mają ani jednego dobrego, nie wspominając już o wybitnym, napastnika, a po drugie nie potrafią wygrywać z cieniasami. Inne rozczarowania? Ghana za to, że zmarnowała szansę stulecia w ćwierćfinale z Urugwajem, Anglia za to, że nie wyrwała się z zaklętego kręgu tragicznych występów na ważnych turniejach oraz Argentyna za karygodne zmarnowanie potencjału przez imć Maradonę.
Pozytywne zaskoczenia. Odpadnięcie Francji, Włoch i Brazylii na tak wczesnym etapie

Poza tym Niemcy, bo w trzech meczach grali jak bogowie, Urugwaj, bo grał pięknie i ambitnie, Słowenia, bo zaprezentowała się niesamowicie (mimo że nie awansowała do drugiej rundy) i... Holandia, bo zupełnie się nie spodziewałem, że
Oranje cokolwiek osiągną na tym turnieju. Ale największym zaskoczeniem in plus, będącym jedyną dla mnie osłodą po tych wszystkich klęskach na MŚ i powodem, dla którego przez aż trzy dni miałem doskonały humor, była rzecz jasna wygrana Serbii z Niemcami. Fartowna, ale pal to licho, wygrana z Niemcami to wygrana z Niemcami
Za co zapamiętam RPA 2010? Standard: wczesne porażki „wielkich”, wuwuzele, pewna ośmiornica, porażające błędy sędziowskie, pustawe stadiony, miny Beckhama, wspomniane już zwycięstwo Serbii nad Niemcami, jednorazowy festiwal strzelecki Portugalczyków, ale też parę naprawdę pięknych, emocjonujących meczów. Bo wbrew pozorom kilka takowych się trafiło. W każdym razie wydaje mi się, że z tych MŚ zapamiętam znacznie więcej rzeczy, niż z Euro 2008, czy poprzedniego World Cupa. Wolałbym, żeby owe rzeczy miały więcej wspólnego z samą grą w piłkę, niż całą tą otoczką, ale nie narzekam
Słowo na koniec. Są tylko dwa turnieje sportowe, które oglądam: UEFA Euro i Mistrzostwa Świata FIFA. I to ‘od deski do deski’, każdy mecz. Dlatego dla mnie skończyło się święto i nastał czas szarej rzeczywistości, która ponownie nabierze barw dopiero za 23 miesiące. Ale za to jakie to będą barwy...!